Zgodnie z zapowiedzią, w sobotę 10 października 2026 roku, w Krakowie rozpoczęliśmy nowy rok formacyjny w ramach Stowarzyszenia Wspierania Małżeństw Niepłodnych „Abraham i Sara”.
Tym razem – wyjątkowo – spotkaliśmy się nie w tak dobrze nam znanym i gościnnym domu klasztornym Sióstr Nazaretanek przy ul. Nazaretańskiej 1, lecz w przepięknej Szkole Podstawowej Zgromadzenia Sióstr Najświętszej Rodziny z Nazaretu przy ul. Wysłouchów 28. Przepełniała nas radość płynąca z miłującej obecności Boga, który, jak ufamy, nad wszystkim czuwał (nic nie było przypadkowe!), oraz tęsknota za tym, by ponownie się zobaczyć i spędzić ten dobry czas razem. Wszystko to działo się w pragnieniu prawdziwego doświadczenia Wspólnoty, w atmosferze wzajemnej, serdecznej modlitwy oraz spotkania z innymi małżeństwami, które przeżywają podobne do naszych radości, bolączki i nadzieje. Wielu stałych bywalców naszych spotkań wie, jak bardzo takie spotkania umacniają, ubogacają i dodają siły, animuszu oraz światła na dalszą drogę, która jest przed nami.
Od godzin porannych z różnych stron Polski na umówione miejsce przybywali poszczególni goście – zaproszeni małżonkowie, którzy pragnęli czym prędzej zdążyć na zaplanowaną w programie godzinę 08:00, czyli czas rozpoczęcia rekolekcji. Jedną z pierwszych osób, którą przed budynkiem szkoły mieliśmy szczęście zobaczyć, była bardzo miła i przesympatyczna Siostra Dorota, Nazaretanka. Ona wraz ze swoją Współsiostrą Angeliką – ukochaną przez nas i wspaniałą przyjaciółką naszego Stowarzyszenia, na różnych etapach Dnia Skupienia nam towarzyszyły.
Po miłym powitaniu wszyscy weszliśmy do założonej w 1998 roku, a prowadzonej przez Siostry Nazaretanki, przepięknej Szkoły Podstawowej nr 164 im. bł. Franciszki Siedliskiej. Z podziwem rozglądaliśmy się po kolorowych korytarzach, prześlicznie udekorowanych przez dzieci i nauczycieli. Na ścianach można było zauważyć bardzo ładne obrazy oraz oprawione w ramki, pobudzające do zadumy mądre sentencje Patronki. Oto dwie z nich: „Ciągle pragnę być jak dziecko w ręku Pana, niech On czyni ze mną i z nami wszystko, bo wszystko jest miłością” oraz „Trudnościami, jakie spotykasz, nie zrażaj się. Te trudności Pan Bóg na ciebie dopuszcza dla wyrobienia i uświęcenia twojego. One są szczebelkami, które przejść musisz. Jesteś z Panem Jezusem, więc niczego się nie lękaj, idź pokornie oparta na Nim, ufaj Jemu bez granic”. Jakże te uchwycone przeze mnie na zdjęciach, zupełnie nieoczekiwanie odkryte na jednej ze ścian szkolnego korytarza słowa błogosławionej Siostry Franciszki wydają się wymowne w kontekście tematu rekolekcji, na które jako małżeństwa obarczone bolesnym krzyżem biologicznej niepłodności przybyliśmy! Naszą uwagę zwróciły poza tym nowocześnie i pomysłowo wyposażone salki lekcyjne, naprawdę pełne uroku. Aż rodziły się myśli, że fajnie byłoby się na chwilę cofnąć w czasie i przypomnieć sobie, jak to jest być uczniem i uczennicą.
Podziwiając to wszystko, powoli kierowaliśmy się w stronę szkolnej kawiarenki. Tam czekała na nas smaczna kawa, herbata, soki oraz przepyszne ciasta i inne wyborne smakołyki, którymi cieszyliśmy nasze podniebienia. Najwięcej radości sprawiły nam jednak wspólne, miłe i serdeczne rozmowy – tym bardziej, że niektórzy z nas dawno się ze sobą nie widzieli. Znowu można było odnowić nasze zawiązane niegdyś przyjaźnie i sympatie oraz nawiązać nowe, miłe i ciepłe znajomości.
Powitanie Uczestników
Dzień skupienia rozpoczął się zgodnie z planem. O godzinie 08:45 nasi mili prowadzący spotkanie, małżonkowie Marysia i Sylwek, wszystkich nas serdecznie przywitali w przeuroczej szkolnej salce, przeznaczonej dla uczniów, zdaje się, czwartej klasy szkoły podstawowej. Tak jak oni mogliśmy wygodnie zasiąść w ławkach – tym razem bez względu na staż uczniowski. Marysia i Sylwek, debiutujący w roli moderatorów spotkania, z wielką serdecznością i profesjonalizmem przywitali na wstępie bardzo dobrze większości z nas znanego i z wielkim oddaniem posługującego w Stowarzyszeniu „Abraham i Sara” Księdza Mirosława Czaplę – przypomnijmy: sędziego diecezjalnego Sądu Metropolitalnego – oraz najmilsze Siostry Nazaretanki: Angelikę i Dorotę (niestety nie było z nami Siostry Teofili, jednak pragniemy, aby wiedziała o tym, że jest stale obecna w naszych sercach). Natomiast punktem centralnym powitania było przywitanie naszego supergościa, czyli specjalnie zaproszonego na ten sobotni dzień Księdza Jacka Moskala, wicerektora Wyższego Seminarium Duchownego Archidiecezji Krakowskiej, w dodatku przez 8 lat posługującego jako moderator Domowego Kościoła diecezji bielsko-żywieckiej. Od tej chwili nasza uwaga i spojrzenia utkwiły z całą mocą w naszym Prelegencie.
Konferencja. Część I.
Ks. Jacek Moskal, „Strzeż swego serca, bo życie tam ma swoje źródło” (Prz 4,23)
Pierwsza część konferencji zaczęła się dokładnie tak, jak to wynikało z programu, czyli o godzinie 09:00 rano, a rękę na pulsie nieustannie trzymali nasi niezawodni Marysia oraz Sylwek. Zaproszony na spotkanie nasz rekolekcyjny mówca rozpoczął od wyjaśnienia, że zapowiedziany wcześniej temat: „Strzeż swego serca, bo życie tam ma swoje źródło”, to zawarty w wezwaniu Księgi Przysłów apel o pilnowanie serca, czyli własnego wnętrza. To natomiast jest związane z pewnymi fundamentalnymi pytaniami sprowadzającymi się do tego, jak doświadczyć Bożej obecności? Gdzie Go spotkać? I skąd mogę wiedzieć, że Bóg w ogóle istnieje? Ksiądz Jacek dodał przy tym, że są to coraz bardziej pytania współczesnej Polski. One – jak możemy dopowiedzieć z perspektywy uczestników – są niezwykle istotne, bo jak strzec serca, które Boga nie uznaje i w Niego nie wierzy? Ono wtedy przecież nie ma swojego źródła – w jaki zatem sposób miało być prawidłowo strzeżone? My natomiast mamy to szczęście, że do tego Źródła jesteśmy podłączeni. Prelegent wskazał trzy rzeczywistości, które są tutaj odpowiedzią; trzy miejsca i sposoby, by doświadczyć Boga Żywego oraz poznać Go dużo bliżej niż dotąd – to znaczy doświadczalnie, osobiście.
Jakie zatem są to miejsca, sposoby i rzeczywistości?
[1] Zacznijmy od pierwszego, którym jest SŁOWO BOŻE. Ono mówi, objawia się, nie chce być bowiem Bogiem anonimowym. On chce spotkać człowieka – Ciebie i mnie – bo jest relacyjny już z samej swojej Natury Boskiej. Bóg nie jest samotnikiem ani narcyzem istniejącym w jednej tylko osobie, ale jest Trójcą Osób Boskich – przypominającą rodzinę i małżeństwo, co z natury sprzyja miłości. Wracając jednak do głównego wątku, to jak wynika z konferencji, gdy sięgam po Jego Boskie Słowo, wtedy mogę Go usłyszeć – Jego Głos.
[2] Drugie miejsce spotkania się z Bogiem to SAKRAMENTY KOŚCIOŁA, a jest ich, jak wiemy, siedem. To miejsce obecności i działania Ojca, Syna i Ducha Świętego. Tu możemy spotkać Boga Żywego. Są niektóre z sakramentów wydarzeniami jednorazowymi (np. Chrzest Święty), ale w świetle Łaski on rozpoczął wtedy swoje działanie i odtąd działa w moim życiu. Tak jak Ksiądz Jacek drugiego czerwca 2007 roku przyjął sakrament święceń i ten działa już odtąd w każdej chwili jego kapłańskiego życia.
[3]. WSPÓLNOTA KOŚCIOŁA. W ich spotkaniu – we wspólnocie (tam, gdzie dwóch albo trzech jest zebranych w Moje Imię, mówi Jezus, tam Ja Jestem pośród nich, por. Mt 18, 19), w miłości wzajemnej, stajemy się miejscem spotkania z Bogiem. Miłujcie się wzajemnie tak, jak Ja was, uczniowie, umiłowałem. Przez naszą miłość On staje się obecny pośród nas i innych ludzi. Potrzeba mieć serce czujne, szukające, otwarte na Jego przyjście.
Strzec serca to, oprócz tych trzech miejsc, także nasza MODLITWA. Kiedyś przed laty pewien esbek, oficer śledczy rodem z PRL-u, przesłuchiwał słynnego Księdza poetę – Jana Twardowskiego. I tak mówił: „Piękne wiersze Ksiądz pisze, a w Boga Ksiądz wierzy? Taki wykształcony człowiek… Zatem Ksiądz przecież wie, że Boga nie ma!!!”. A na to Ksiądz Jan Twardowski: „Jak to Go nie ma, skoro dziś rano z Nim rozmawiałem!!!”.
Ad. 1) SŁOWO BOŻE.
Sam Bóg jest Słowem. Ono odwiecznie jest w Bogu – Jezus jest Tym Słowem, które wypowiada Ojciec. To odwieczne Jego rodzenie. On zawsze jest rodzony. Ojciec mówi: „Synu, chcę Ciebie, pragnę Ciebie, kocham Ciebie ❤️”. I Syn przyjmuje to Słowo i przyjmuje Siebie Samego jako Dar Ojca. Jest totalnym Darem Ojca – Jego Miłości: On jest cały z tej Miłości.Ty Mnie kochasz – Ja kocham Ciebie. Jestem Cały Twój… Nie na zasadzie rozkazu wojskowego – czegoś zewnętrznego – lecz z miłości. Z miłością przyjmuję Wolę Ojca … Oni trwają w tym odwiecznym dialogu miłości: rozmawiają ze Sobą, kochają się coraz bardziej. Bo tak jest z miłością: ona albo wzrasta, albo umiera.
I tu rodzi się w tym dialogu pragnienie podzielenia się tą Miłością… Oni dialogują – rodzi się w Nich pragnienie podzielenia się nią z kimś jeszcze… Rodzi się pragnienie stworzenia świata i człowieka… Słowem Bożym staje się cały świat stworzony: Stwórca tworzy świat Swoim Słowem – każdy byt jest objawieniem Boga. Bóg mówi to całej przyrodzie ożywionej i nieożywionej: że tego chce … Bo nawet w materii nieożywionej (np. w kamieniu) – i tu jest wieczny ruch i wieczna energia. Skoro jest skutek, to musi być przyczyna. Inni mówią: nicość może tworzyć coś! Jak ktoś chce tak myśleć, to niech tak myśli. Nic na to nie poradzimy. Świat jednak jest przestrzenią objawienia. Wybiera Bóg Abrahama jako „Ojca Wiary”. I z niego wyprowadza jeden Naród, przez który będzie się chciał objawić światu. I w tym Narodzie wcieli się Jezus Chrystus i objawi się w pełni każdemu człowiekowi. To wszystko, co wyżej powiedziano, jest kluczem do czytania Słowa. Czy mam świadomość, że Ja też jestem Słowem Bożym?
Tutaj wielu z nas, słyszących tę naukę, być może wstrzymało oddech z wrażenia, nie mogąc uwierzyć własnym uszom. Jak to? Ja? I tutaj w myślach wymienili własne imię i nazwisko – Słowem Bożym??? Chyba się przesłyszałam / przesłyszałem? Niby w jaki sposób miałbym nim być? Te i podobne myśli krążyły w naszych żyłach i bulgotały w środku niczym gotująca się woda w czajniku… Słuchaliśmy jednak dalej, ciekawi, co znowu usłyszymy i jak Ksiądz to wszystko nam wyjaśni. Ku czemu to wszystko zmierza? Ja dlatego istnieję – kontynuował Prelegent – żyję, bo Bóg powiedział: »Chcę, pragnę Ciebie!«. Sam mój fakt poczęcia jest Słowem Boga do mnie i nadal to Słowo wypowiada: »Pragnę, żebyś był… Chcę, żebyś był…!!!«”.
Czy ja tak siebie czytam: że ja jestem pragnieniem Boga żywego? Patrzę na swoje życie i myślę: „No nie… przecież ja Ci, Boże, życie skomplikowałem. Beze mnie byłoby Ci prościej …”. A Bóg chwyta się za głowę i mówi: „Twoje życie jest i będzie twórcze!”. On mówi: „Dam radę! Wytrzymam Ciebie, bo Cię kocham!”. Bóg da radę ze mną… Czy ty wiesz, że Pan Bóg Ciebie wytrzymał? I ci pomoże, i cię uzdrowi, więc ty się tą Miłością zachwyć… To nie jest nasze, ludzkie myślenie… Bóg, który zainwestował we mnie, chce mnie!!! Bóg mówi: „Ja nie chcę wieczności bez Ciebie… Bez Ciebie bym się nudził…
Bóg mówi do mnie: „Chcę Ciebie!!!” Czy wierzysz Mu? Jedna z osób, naszych miłych koleżanek, na głos rzekła: „Bóg mnie znosi?”. Ksiądz odparł: „Tak, On w imię tej miłości chce, pragnie mnie, pragnie ciebie. W Nim jesteśmy stworzeni. Odwieczna Miłość, Trójca Święta, która jest między nimi, zapragnęła ciebie…”. Nagle ktoś z sali sobie coś przypomniał i na głos powiedział: „Czytałem kiedyś o tym, że Bóg tak bardzo nas kocha, że jak byliśmy stwarzani przez Niego, to On aż cały płakał z radości…”. Prelegent zaś dopowiedział: „Tak… Bóg jest tańczący! Święty Franciszek z Asyżu nam o tym opowiadał…”. I mówił dalej, że tajemnica Miłości Boga jest taka, że ta Miłość Boża dotknęła serca i Ciebie chce… Tak, stwierdził nieco z rozżaleniem: „To trudne do pojęcia… Bo nie zostaliśmy wprowadzeni w ten klimat Bożej Miłości…”. A chciał przez to być może powiedzieć, że niekiedy klimat dzieciństwa i młodości wcale nie utwierdza w tym, że jesteśmy aż do tego stopnia wartościowi i umiłowani przez naszych najbliższych… Kontynuując, Rekolekccjonista zadał kolejne pytanie: „Co się w Panu Bogu działo, jak Ciebie nie było…? Czy wiesz, że Pan Bóg za Tobą tęsknił ?
Wtedy Madzia, jedna z naszych serdecznych koleżanek, zapytała: „A co z dziećmi nienarodzonymi, które zmarły?”. Kapłan odparł na to, że jeżeli ono się poczyna, to znaczy, że zostało zaproszone do życia biologicznego, ale i do pełni życia. Dziecko, które przeżyje jeden dzień albo zaledwie kilka – ono jest zaproszone od samego początku do Życia Wiecznego. Bo nie możemy na to trudne pytanie patrzeć tylko poprzez doczesność. Kiedyś poszerzymy nasze patrzenie. Nasza perspektywa się poszerzy i zrozumiemy, dlaczego Pan Bóg nie zaprosił tych dzieci do życia na ziemi? Zobaczymy też przeszkody w nas, a poza tym to, że jestem zaimpregnowany na rzeczywistość Boga.
W tym miejscu można przytoczyć przejmujące, pełne głębokiej empatii, wzruszające słowa wypowiedziane przez biskupa sosnowieckiego Artura Ważnego – kilka dni po Dniu Skupienia, którego dotyczy niniejsze sprawozdanie – 15 października 2026 r., w Dniu Dziecka Utraconego, podczas Apelu Jasnogórskiego w Częstochowie:
„Myślimy dzisiaj z drżeniem o tych najmniejszych z najmniejszych. O kruchych dzieciach, które zagościły pod sercem mamy zaledwie na kilka tygodni, a czasem ledwie na parę dni. Zajaśniały na nieboskłonie naszej codzienności jak najpiękniejszy meteoryt – i tak nagle, w ułamku sekundy, zgasły. Dlaczego tak wcześnie? Dlaczego nie zdążyły zaczerpnąć choćby pierwszego łyka powietrza? To bolesna, ciemna tajemnica, przed którą nasz ludzki rozum staje bezradny i po prostu kapituluje. Ale (…) słowo z Listu do Efezjan daje nam potężną, niezłomną kotwicę nadziei: te dzieci zostały z czułością wybrane dla Niego, zanim jeszcze w ogóle powstał wszechświat. Chrystus z ogromną miłością wyrył ich imiona na obu swych dłoniach. I choć wy, drodzy rodzice, być może nigdy, nawet przez ułamek sekundy, nie zobaczyliście twarzy waszego maleństwa, to wiedzcie jedno, najważniejsze – ono ma twarz w kochających oczach Boga. Zawsze ją miało i będzie mieć na wieki (…). Wierzymy głęboko, najgłębiej jak tylko potrafimy, że one są już całkowicie bezpieczne. Że zachwycone widzą już to światło, za którym my wciąż na ziemi tęsknimy. (…). Wasze dzieci żyją. Jeszcze się z nimi spotkacie. Zobaczycie znów ich piękne twarze. A kochający Bóg własną dłonią otrze z waszych oczu każdą, nawet najdrobniejszą łzę”.
Ksiądz Jacek Moskal podczas Dnia Skupienia następnie powiedział, że jeżeli jesteś człowiekiem niewierzącym, to potrafię przyjąć twoje myślenie. Ludzka filozofia też kształtuje nasze myślenie i postrzeganie rzeczywistości – na przykład utylitaryzm, tak popularny wśród Anglików, który mierzy człowieka jego użytecznością. Ale Pan Bóg ma całą wieczność! To, że Pan Bóg mnie chce i wypowiada swoje Słowo, to jest błogosławieństwo. Bóg błogosławi Tobie Tobą. Ja jestem Jego błogosławieństwem!!!! Jaki jest krok miłości Boga wobec mnie? Pierwszy krok to, że: „Kocham cię”. Tak. A drugi krok? To, że pobłogosławił Tobie Tobą – dał ci życie, które jest błogosławieństwem…
Nic na świecie nie ma mocy sprawić, bym przestał nim być, żeby nie było tak, że jestem błogosławieństwem. A przeze mnie Bóg chce pobłogosławić światu. Czy ja tak na siebie patrzę? Żyjemy w świecie nie przekleństwa, lecz błogosławieństw. My tymczasem wchodzimy w społeczeństwo rozbuchane konsumpcyjnie, w którym coraz mniej… jesteśmy…
I wtedy Kapłan wspomniał o teście talentów Gallupa. To test (narzędzie) psychologii, który pomaga człowiekowi zobaczyć jego mocne strony – to, co Bóg w postaci obdarowania we mnie umieścił. Jego przesłanie brzmi: nie tyle walcz ze słabością, ile idź za rozwojem dobra i łaski! Jedne z moich talentów to talenty relacyjne. Może człowiek dręczy się brakami organizacyjnymi, a zapomina, że ma zupełnie inny talent, na przykład w postaci nawiązywania relacji z ludźmi, empatii, współczucia.
Wtedy jedna z innych naszych drogich koleżanek zadała pytanie, które zresztą być może rozbrzmiewało i w sercach innych uczestników Dnia Skupienia. Powiedziała szczerze: „Nie potrafię się zachwycić tym, jaka jestem… Może ze mną jest coś nie tak, bo tego nie czuję, że jestem błogosławieństwem”.
Pragnę zauważyć wraz z moją Żoną, Małgorzatą, że było to niezwykle odważne i z serca płynące, szczere wyznanie, które, z tego co wiem, także inni nosili w sercu (np. Małgosia, a później i ja, Przemek, w refleksji nad tematem rekolekcji), lecz nie wypowiedzieli go na głos… Niektórzy w ciszy własnej duszy zadawali pytanie: „Jak to jest, że Pan Bóg powiedział w raju do Adama i Ewy, żeby byli płodni i rozmnażali się, a u mnie, u nas się to nie sprawdza i po prostu nie działa?! Czujemy się z tym bardzo źle i fatalnie. Czy Bóg mnie/nas za coś karze, nie błogosławi? Skoro się nie rozmnażam, to znaczy, że ja jestem ta niepobłogosławiona / ten niepobłogosławiony?”. Niestety, poczucie to potęgują nieraz sami księża i dają to bardzo silnie odczuć, może w sposób niezamierzony, ale mimo to raniący, niedelikatny. Podczas kazań publicznie wywyższają i zachwalają tylko te pary, które mają dzieci, a reszta – tak się czasem czujemy – to „duszpasterskie odpady”. Sami więc kapłani/duchowni bywają okrutni w swoim bezrefleksyjnym zapędzeniu… Na szczęście są tacy kapłani jak nasz wspaniały opiekun, Ksiądz Mirosław, Siostry Angelika, Teofila i Dorota oraz nasz obecny Prelegent – Ksiądz Jacek… Oby byli głosem wołającego na pustyni, że żyją na niej też inni, którzy również pragną czuć się zauważeni, omodleni oraz pocieszeni.
Bo to nie takie proste, jak mawiał poprzedni, pierwszy opiekun Stowarzyszenia „Abraham i Sara”, a obecnie biskup sosnowiecki Artur Ważny, który dogłębnie też rozumie i czuje powyższą tematykę: „kiedy para chce mieć dziecko, a miesiące i lata mijają. (…) – Inaczej to widzieliśmy. Miało pojawić się dziecko. (…). A potem życie pisze własny scenariusz. I właśnie wtedy pytanie (…) [o] bezdzietność (…) o ciało (…) przestaje być akademicką dyskusją. Staje się pytaniem o (…) to, jak kochać, kiedy rzeczywistość nie wygląda tak, jak ją sobie wymarzyliśmy – (…) [t]o chyba jedno z najtrudniejszych pytań (…) [n]ie: jak polubić swoje odbicie w lustrze. Ale jak nie odrzucić własnego życia, kiedy ciało przynosi coś, czego nie chcieliśmy. – (…) I lekcja słuchania. (…), sama znajomość kościelnego nauczania nie wystarcza. – Ksiądz musi umieć nie tylko znać nauczanie Kościoła. Musi umieć słuchać. Towarzyszyć (…)” [wywiad z bp. A. Ważnym z 15 września 2026 r., zaczerpnięty z sieci].
Wtedy to pytanie z sali, a zarazem, tak naprawdę, wypływające również z głębi serc innych uczestników Dnia Skupienia: „Nie potrafię się zachwycić tym, jaka jestem… Może ze mną jest coś nie tak, bo tego nie czuję, że jestem błogosławieństwem”, pozostaje głosem i apelem wielu spośród nas, dotkniętych niepłodnością, o większą delikatność, zrozumienie, nieosądzanie i pogłębioną troskę ze strony Kościoła, duszpasterską pomoc i modlitwę. Bo nasz biskup sosnowiecki powiedział niedawno na Jasnej Górze (15 października bieżącego roku), żeby raz na zawsze umilkły te raniące słowa, w tym kapłanów i innych duchownych. Dopowiedzmy, że niektórzy z nich (to słowa kiedyś zasłyszane), kiedy próbuje im się zwrócić uwagę na to, żeby nie pomijali w nauczaniu i praktyce duszpasterskiej par bezdzietnych i niepłodnych, mówią: „co się tak smucicie, tak smutną macie twarz. Trzeba się wziąć w garść, szukać pomocy, a nie ciągle kręcić się wokoło swojego nocnika”. Biskup, modląc się przed Cudownym Obrazem Matki Bożej Częstochowskiej, mówił: „Maryjo, proszę Cię gorąco o łaskę pełnego miłości, mądrego zamilknięcia dla całego otoczenia – dla dziadków,dla bliskich i przyjaciół. Niech na zawsze zamilkną te potwornie raniące słowa: ›Nie płacz (…)‹, ›Bóg tak chciał‹, ›Lepiej teraz, bo pewnie było [by] chore‹, (…). Jakie to nieludzkie, jak bardzo to tnie serce… Jeśli nie wiesz, Bracie i Siostro, co powiedzieć (…) – po prostu bądź. Zrób ciepłą herbatę. Usiądź cicho obok. Zapłacz razem z nimi, cierpiącymi (…). Tylko tyle i aż tyle. A nas, duszpasterzy, wszystkich księży, ucz, Matko, tej najpiękniejszej, ewangelicznej czułości. (…) absolutnie nie trzeba chłodnych, teologicznych traktatów. (…) trzeba kochającej obecności, która stanie się delikatnym plastrem na ich otwartą, broczącą ranę.”.
Z drugiej strony pocieszeniem jest to, że są księża, którzy rozumieją ten problem, i oby było ich jak najwięcej. Można dodać, że jest nim Ksiądz Jacek, który może jako wicerektor seminarium zachęcić seminarzystów i młodych kapłanów do większej empatii i miłości, żeby to ich niekiedy fatalne myślenie o niepłodnych przerwać. Warto wyrwać ich z okowów starotestamentalnego muru obojętności lub ucieczki przed tym, co trudne, i przed konfrontacją z rzeczywistością, żeby nie mówili nieprzemyślanych, zbyt „gorących”, bolesnych słów – na przykład o błogosławieniu wyłącznie małżonków obdarzonych rodzicielstwem, co może być tak naprawdę ucieczką przed spojrzeniem w oczy tym, którzy dzieci mieć nie mogą. Zarazem balsamem dla duszy jest ta obecna konferencja i to kapłańskie wsparcie oraz zdolność słuchania, a nie tylko słyszenia…
Nie o to chodzi, żeby teraz nagle atakować i „bombardować” kapłanów oraz Kościół „żalem niepłodności”, lecz o to, aby nie unikać, czasem nawet bardzo trudnych pytań, które „siedzą” głęboko w naszej duszy, a zazwyczaj nie mamy miejsca, żeby o tym wszystkim szczerze na forum kościelnym powiedzieć. Bo jak się próbuje, nawet w konfesjonale, to można narazić się na bardzo bolesne zranienie przez kapłana. Wtedy, w przypadku naszego milczenia, duchowni odnoszą mylne wrażenie, że nie ma problemu, bo ludzie się przecież im nie żalą i żadnych trudnych pytań z tym związanych nie zadają. To nasze Stowarzyszenie jest natomiast niezwykłym miejscem spotkania z kapłanami – takimi, jakim teraz był Ksiądz Jacek, którzy ostatecznie nie boją się trudnych pytań i wyciągają z nich dobro dla siebie i dla nas, jak dobry ojciec z Ewangelii: „Dobry człowiek z dobrego skarbca wydobywa dobre rzeczy” (Mt 12, 35), za co pozostajemy naszemu Rekolekcjoniście ogromnie wdzięczni.
Wracając jednak do głównego wątku, zaraz po tym głosie naszej koleżanki padło z sali inne pytanie. Tym razem nasz kolega zapytał z głębi serca: „Jak to możliwe, że my jesteśmy błogosławieństwem, mimo że jesteśmy bezdzietni? Czy my też możemy być błogosławieństwem w tym tak bardzo trudnym dla nas położeniu? Przecież w Starym Testamencie ludzie, którzy nie mieli dzieci, byli uważani za przekleństwo, a nie błogosławieństwo. Raczej czujemy często traktowani nawet przez Kościół i kapłanów, jak ludzie pominięci w ich uwadze, niczym pariasi, wykluczani pastoralnie, „podrzędna kategoria katolików”. Bo najczęściej w Kościele wspomina się małżonków z dziećmi, bo zdaniem kapłanów to oni są przyszłością świata, a reszta powinna dokonywać adopcji, aby dzieci się mnożyły, żeby coraz więcej rodziło się przyszłych świętych i mieszkańców Królestwa Niebieskiego”.
Prelegent odpowiedział na to, odwołując się do mądrości Kościoła wschodniego – prawosławnego, który w teologii małżeństwa poszedł bardziej do przodu. Wschód od zawsze patrzył bardziej na wymiar jednoczący małżonków, a dzieci są dla niego pewnym darem. Ksiądz wyjaśnił, że dzieci są darem dołączonym do tego pierwszego, najważniejszego obdarowania. Pierwsza linia bowiem to relacja miłości męża wobec żony i żony wobec męża. A dzieci są darem wypływającym z tego pierwszego źródła. W Kościele wschodnim zatem punktem ciężkości i najważniejszą sprawą jest walka małżonków o ich wzajemną więź.
Natomiast co do wątku dotyczącego tego, że tak mało jest w Polsce kapłanów, którzy naprawdę patrzyliby na małżonków w podobnej do naszej sytuacji z przejęciem i uznaniem ich nie za przeklętych, lecz za błogosławionych, Ksiądz Jacek z głębokim przejęciem i wzruszeniem westchnął: „Cóż ja mogę na to powiedzieć, widząc to, o czym mówicie, jak tylko to, że za Kościół i za moich braci w kapłaństwie: przepraszam i proszę o przebaczenie…”.
W dalszej kolejności Ksiądz Jacek Moskal odniósł się do refleksji jednej z naszych koleżanek, która powiedziała, że nie potrafi się zachwycić tym, jaka jest, i że po prostu ona nie czuje, by była błogosławieństwem. Powiedział, że to, co się w niej rodzi, trzeba wziąć fundamentalnie w przestrzeni spotkania z Nim – z Bogiem. Że to, co słyszymy i widzimy, jest czasem lustrem… I dodał, że on jako Ksiądz nigdy teraz podczas wykładu nie powiedział, że jesteśmy gorsi od innych przez to, że jesteśmy bezdzietni. „Nigdzie nie powiedziałem, że jesteście gorsi… Ani przez sekundę nie było moją intencją komunikowanie tego”. To dotyczy pewnego rdzenia relacji z Bogiem. I jeżeli najpierw tego rdzenia nie ustawimy, to będziemy mieć to, co mieć będziemy – można by dodać – bolesne odczucie, że nie czujemy się wcale żadnym błogosławieństwem…
Odpowiedź naszego Gościa każdy zrozumiał na tyle, na ile był to w stanie uczynić. Być może chodziło o to, że słowa – nawet te bardzo dobre, jakie słyszymy na zewnątrz, takie jak na przykład to, że jesteśmy błogosławieństwem – mogą czasami działać niczym lustro, odbijające to, co w danym momencie dzieje się w zakamarkach naszego cierpiącego i zranionego serca. Lustro usłyszanego słowa jest wtedy jak soczewka, na której wyświetla się obraz projektowany przez wewnętrzny wyświetlacz duszy dotkniętego głęboką boleścią człowieka. Doznawane przez każdego z nas z powodu niepłodności cierpienie ma naturalne, psychologicznie uzasadnione prawo wpływać na – czasami tylko chwilowe – widzenie rzeczywistości w sposób nie do końca wyraźny. Lecz w przestrzeni bezpośredniego spotkania z kochającym Bogiem w ciszy, twarzą w twarz, to nasze serce zostaje uzdrawiane. Wtedy w lustrze możemy usłyszeć odbity w nim głos: „Tak, Ty jesteś moją Ukochaną Córeczką – jesteś naprawdę Moim „oczkiem w głowie” – Bożym Błogosławieństwem ❤️”.
Ksiądz Jacek dodał następnie niezwykle uwalniającą prawdę: „Ja mogę sam siebie przeżywać jako przekleństwo ze względu na moje rany, jakie mi zadano. Ale to, co mnie ukształtowało w historii mojego życia, było kłamstwem”. I właśnie w tym miejscu zaczyna się prawdziwy proces nawrócenia. Oznacza on usłyszeć swoją historię jeszcze raz, ale tym razem usłyszeć ją zupełnie inaczej i uwierzyć, dać wiarę nie kłamstwu na nasz temat, nawet temu pochodzącemu z tego, co sami o sobie błędnie myśleliśmy, lecz prawdzie Bożego Słowa o tym, co Bóg mówi Tobie o Tobie, jako właśnie Bożym Błogosławieństwie. To jest drugi krok: uwierzyć i dzięki temu rozpocząć proces własnego, bardzo osobistego, błogosławionego nawrócenia. Tego kroku jednak – zdaniem kapłana – nikt za mnie nie zrobi…
Popatrzyłem na zegarek – wybiła wtedy godzina 10:07.
Grupy Dzielenia
Kiedy pierwsza wygłoszona przez Księdza Jacka Moskala część konferencji dobiegła końca, Marysia i Sylwek, niestrudzenie czuwający nad sprawną organizacją spotkania, oznajmili nam, że teraz nadszedł czas dzielenia się w grupach. Warto się podzielić – pomyślałem – tym, co czujemy, bo mamy pełne prawo do tego, by tak się czuć i pewne sprawy odbierać.
Podzieleni zatem zostaliśmy na trzy grupy w trzech różnych miejscach – szkolnych salkach, gdzie mogliśmy się spotkać. Pierwsza grupa rozpoczęła pracę z Księdzem Jackiem na czele, grupa druga to ta pod przewodnictwem Księdza Mirka, a trzecia grupa znalazła się w czułych rękach Siostry Angeliki.
Jako materiał do rozmów i refleksji otrzymaliśmy następujące pytania do dzielenia się:
- Czy przyjmuję siebie – czytam siebie, jako Słowo Boga?
- Czy zdarzyło mi się pomyśleć o sobie jako o Błogosławieństwie Boga?
- Jakie uczucia, myśli budzą się we mnie teraz, gdy słyszę te słowa?
- Co człowiekowi może przeszkadzać w przyjęciu takiego słowa o sobie samym?
- Co może pomagać w strzeżeniu takiego spojrzenia na mnie?
Jak wyglądała osobista refleksja nad pytaniami, co się tam dokładnie działo i o czym mówiono – to wiedzą tylko Ci, którzy tam byli. Wszystko, zgodnie z tradycją naszych spotkań, pozostaje wspólną tajemnicą. Może jedną wyjawię: były to spotkania, na pewno w naszej grupie trzeciej – które zostaną na zawsze w mojej pamięci. Okazały się one pełne otwartości serca, kulturalnego dialogu, szacunku i wzajemnego słuchania, gdzie nawet milczenie było złotem i piękną mową zabarwioną małżeńską miłością.
Zgodnie uznaliśmy, idąc za głosem zwłaszcza jednego z Uczestników grupy dzielenia się, że to, co dzisiaj, tego sobotniego dnia, Ksiądz Jacek powiedział, jest fundamentem. Bo jak dom nie będzie na nim mocno zbudowany i mocno osadzony w prawdzie, to runie. Nie wolno nam zatem tego przegapić. Musimy uwierzyć Słowu, że naprawdę Ty i ja: jesteśmy błogosławieństwem!!! Jeżeli w to uwierzymy, to nic nas nie zniszczy. Bóg Ciebie i mnie kocha i On nas zapragnął. Jesteśmy owocem miłości Mamy i Taty, ale to Bóg jako Pierwszy mnie umiłował. Mogę się cieszyć, że jestem w rękach Boga. Może w życiu narozrabiałem, ale On mnie kocha.
Szatan jest ojcem kłamstwa. Grzech pierworodny głęboko zakłócił tę pierwotną relację ze Stwórcą. Wróg zawsze będzie mnie okłamywał, próbując wmówić, że wcale nie jestem żadnym błogosławieństwem, a już na pewno nie Bożym Błogosławieństwem – lecz przekleństwem i nieudacznikiem. To nieustanna, codzienna walka duchowa o relację z Bogiem. Ona będzie trwała do końca życia. Zawsze jednak należy pamiętać o Eucharystii, Adoracji, Różańcu i Matce Bożej. Nie możemy dać się oszukać! Musimy błogosławić różne osoby, na przykład znakiem Krzyża. On – Bóg ma swój plan! To natomiast, że jestem błogosławieństwem, działa jak egzorcyzm. My walczymy o pokój serca, aby w nim panował pokój – a wtedy będziesz się nim dzielił. Bo gdy On w nas jest, to daję go innym.
Konferencja. Część II. Ks. Jacek Moskal
Po przerwie na kawę, herbatę, ciasto i rozmowy, przed południem rozpoczęła się druga część konferencji głoszonej przez ks. Jacka Moskala.
Druga część wykładu zaczęła się od tego, że pokonać trzeba drogę od głowy do serca. To znaczy sprowadzić trzeba do serca własny wymiar życia, co jest już trudne. Bo może to zostać w głowie. Dlaczego? Ponieważ jesteśmy w szkole pooświeceniowej, gdzie mówi się o wartości intelektualnej, a nie o emocjach i uczuciach. Nacisk jest na „wiedzieć”, „rozumieć” i na poczucie kontroli. Wielu więc ludzi pozostaje w przestrzeni głowy – wiedzy.
W odniesieniu do czytania siebie jako błogosławieństwa – zadać warto sobie pytanie:
- Z jakich słów się składam?
- Jakim słowom uwierzyłam / uwierzyłem?
Często droga Słowa Bożego rozbija się o mur słów, które człowiek usłyszał wcześniej. Stały się one barierą dla Jego działania. Człowiek uwierzył innym słowom. W drodze wychowania, historii życia, własne i cudze słowa stały się murem dla Słowa Bożego.
Warto tutaj przytoczyć pewien post z Facebooka autorstwa Pana Tadeusza Zielińskiego, twórcy cyfrowego z Bydgoszczy, człowieka sukcesu, który jednak cały czas przeżywał siebie jako „idiotę”. Wszystko dlatego, że bardzo często słyszał to od swojego ojca… I temu słowu uwierzył, i na nim budował. Post ten został zadedykowany dzieciom po nieudanych próbach samobójczych. Padło tam podstawowe i przejmujące pytanie: „Z jakich słów zostałem stworzony”?
Posłuchajmy:
Z JAKICH SŁÓW ZOSTAŁEŚ STWORZONY ?
Przez mamę, tatę, rodzeństwo, Twojego kochanego kogoś, przyjaciół, kolegów, innych ludzi.
W które z tych słów uwierzyłeś, nigdy ich
nie sprawdzając, czy rzeczywiście są o Tobie,
a którym rzuciłeś wyzwanie ?
debil,
nie nadajesz się,
jesteś wyjątkowy/a,
niezdara,
głupek,
jesteś dla mnie ważny/a,
jestem z Ciebie dumny/a,
nigdy nie można na Ciebie liczyć,
dlaczego jesteś taki durny,
dobrze mi z Tobą,
śmierdzący leń,
do niczego nie dojdziesz,
dobry z Ciebie człowiek,
wierzę, że dasz radę,
walcz,
…Kocham Cię.
Czy we wszystkie z nich uwierzyłeś / uwierzyłaś?
Może niektóre z nich warto sprawdzić, rzucić im »wyzwanie«.”.
Z jakich słów dziś Ty, tworzysz ludzi wokół siebie ?
Tego twojego kochanego kogoś, twojego szalonego dzieciaka.
Przypomnij sobie dzień dzisiejszy,
i jeżeli nie poszło Ci dziś najlepiej, masz jeszcze kilka godzin,
daj temu komuś dziś dobre słowo, może dwa,
które zaczną »stwarzać« go lepszym,
lepszym niż mu się wydaje, że jest –
bo jest, prawda ?
Ps. Ktoś napisze słowa to nie wszystko, równie ważne są czyny,
tak to prawda, ale od czegoś trzeba zacząć…
To opowieść o tym, jak słowa, które usłyszeliśmy od innych lub sami wypowiadaliśmy o samym sobie, stały się naszą definicją, zaczęły nas definiować. Bo niestety można budować na nich swoje życie… Słowo Boże, w kontrze do tych głosów, mówi jednak: „Kocham Cię…Jesteś Ważny… Jesteś Ważna …”. To Słowo zarazem rozbija się o ten mur.. tamtych słów… To Słowo Jego Miłości zaprasza Cię do walki i to właśnie nazywa się NAWRÓCENIEM. Nie zaczyna się na poziomie czynu, lecz serca i myśli. Żeby coś zaczęło się zmieniać, musi się zacząć od serca. Natomiast w obliczu tamtych słów, można dodać kłamliwych, niebożych na nasz temat – mogło stać się tak, że nie zrodziło się dobro, które by to nasze serce wypełniło. Potrzebna jest zatem metanoia – zmiana myślenia. Jego Miłość spotyka się z moim murem, zderza się z nim…
Pyta Bóg: „W co uwierzysz? W czyje słowa? Moje czy te, które Cię okaleczyły? Zdecyduj się na to, komu uwierzysz? Komu w miłość uwierzysz? Bóg dał nam wolność wyboru i czeka na to, co zrobisz. Uwierzę w Miłość, czy nie? W tym mieści się decyzja pokochania samej i samego siebie, takimi, jakimi jesteśmy… To nie tak, że Bóg wrzuca list pod próg, w którym byłoby napisane: „Ja, Bóg, [i w to miejsce wstaw Twoje imię], kocham Cię… Twój Bóg”. On nie zaingeruje w ten sposób, nie może. Od mojej decyzji zależy, czy siebie pokocham. Wielu od tej przestrzeni chce uciec. Bo myśli, że to niemożliwe, a to jest możliwe! To jest moja decyzja. Ale Pan Bóg nas prosi i pyta: Czy przyjmę Jego Miłość? Nie, czy zrozumiem Jego Miłość…
Pewnego dnia – mówił Prelegent – wykład miał mój Nauczyciel, Ksiądz Edward Stanek, na temat: „Rozum a serce”. I na koniec toczyła się dyskusja, a Ksiądz Stanek milczał. Wreszcie ktoś się odezwał: „Niechże Ksiądz zabierze głos!”. A On na to, ten mistrz celnej riposty, rzekł: „Ja litanii do rozumu Pana Jezusa nie znam żadnej! A do serca za to pewną taką litanię znam!”…
Na to, z sali rozległy się słowa jednego z naszych kolegów: „Tak… A tyle razy od długich lat słyszałem na licznych konferencjach i kazaniach oraz w kościele, że miłość to tylko decyzja, a nie żadne tam uczucie oraz że w Niebie nie ma uczuć, bo one zdaniem św. Tomasza z Akwinu są pozostałością sfery zwierzęcej w człowieku jako passiones, czyli najniższe w hierarchii emocje, te najbardziej zmienne … Poza tym w kółko powtarza się, że termin »serce« to absolutnie nie samo tylko uczucia, lecz pewne centrum naszej osobowości skupiające to wszystko, co jest rozumem, wolą i uczuciem’”.
W refleksji nad poruszonym tematem Ksiądz Jacek odparł, że Tomasz był arystotelikiem. I że naucza się tak, bo uczucia są zmienne… Ale Bóg jest zmienny … Jak kocha coraz bardziej, to musi się zmieniać… Po tych słowach być może w sercu niejednej i niejednego z nas zakwitła myśl, że może zatem będzie w Niebie miejsce na uczucia?
Rekolektant kontynuował podjęty wątek i następnie stwierdził, że serce to centrum mojego człowieczeństwa. I pewnie, że tam jest intelekt i pamięć, wyobraźnia, wola i każda władza człowieka. Serce to zatem miejsce podejmowania decyzji. Bóg pyta – mówił dalej – czy mogę iść z Tobą? Największym bowiem dramatem człowieka jest to, że może zatracić zdolność kochania. Po czym zadał pytanie: „Co życie, moje doświadczenie powiedziało mi o mnie?”. I dodał słowa: Jezus na Krzyżu – patrz na Krzyż – Jezus jest największym żebrakiem w historii. I nie ma Jezus nic więcej do dodania ze Swej miłości, bo dał Samego Siebie… Ale tutaj pojawia się rzeczywistość walki duchowej: Czy ja w Miłość Boga uwierzę tu i teraz, dzisiaj…? Czy Go do tego dopuszczę?
I zadał nam kolejne pytanie: Jak wiele rzeczy o sobie zaczerpnęliśmy o nas bez nas…? Nasz system oświaty – dodał – łapie nas na brakach… Zatem chodziło o to, że świat, w jakim żyjemy jest właśnie nastawiony najbardziej na wyszukiwanie tego, co jest naszymi niedomaganiami, tego, co nam nie wychodzi, a nie na to, co jest naszym talentem lub naszymi talentami, co jest naszą siłą i zaletą.
W dalszej części konferencji został poruszony następujący nowy wątek: drugi wymiar walki duchowej, do której Bóg zaprasza, to wymiar rzeczywistości takiej, jaką ona jest… Diabeł to wykorzystuje i podpowiada, kusi do myślenia typu: Biskup powinien być inny … Parafia ma być inna, podobnie moja rodzina… I oburzamy się na rzeczywistość… Dlaczego? Bo w ten sposób, przy takim myśleniu, nawet jeśli autorem tych słów jest kapłan, to poprzez takie oburzanie się, można uciekać od swojej odpowiedzialności i czuć się usprawiedliwionym… Bóg natomiast mówi: „Ta rzeczywistość będzie taką, jaką ona po prostu jest. I czy w niej Ty dasz się pokochać?”.
Święty Franciszek z Asyżu jest też tutaj dobrym przykładem. Kościół w XI wieku nie był lepszy niż nasz. Ale Franek, jak patrzył na ten Kościół, to mógł się oburzać, że księża czy benedyktyni nie są tacy, jak być powinni itp. Bo to było oburzające. A On przyjął Kościół taki, jaki jest w rzeczywistości, i pozwolił się kochać. Moja Żona nie jest taka, jaka powinna być. I mąż też i może ktoś się oburzać… Franciszek jednak został w tym Kościele takim, jakim jest, i owszem, zaczął zmieniać. Ale fundamentem zmiany było to, że przyjął rzeczywistość taką, jaką ona jest … Ta rzeczywistość przyjęcia rzeczy dotyczy też samego siebie… Bo ja mogłem być lepszy w życiu albo mam być lepszy w życiu. Rodzi się tu wtedy ucieczka w to, co powinno być – ma być – może być… Ale, żeby Łaska Boża zaczęła działać, wychodzimy od tego, co jest …
III. Cierpienie w naszym życiu: czy Bóg zsyła krzyże?
Trzeci temat dotyczy cierpienia w naszym życiu. Pojawia się w związku z tym temat „krzyżyków”, czyli tego, czy Pan Bóg jest Tym, który zsyła krzyże?
Pewnego razu doszło do kłótni jednej z osób z siostrą zakonną. Pan Kazimierz (nestor rodu) zmarł. I ta osoba powiedziała: „A widzisz! Nie wystarczyło tego »krzyżyka« i Pan Bóg zesłał też krzyżyk na młodszego!”. „To, jak Pan Bóg jest taki, to ja w niego nie wierzę!” – odparła na to Siostra Lidia. Bo jak Pan Bóg jest taki, to wyobraźmy sobie, dopowiada Ksiądz Jacek – że ojciec przychodzi do pokoju leżącego w łóżku syna, który ciężko choruje (np. na zapalenie płuc), i mówi: „Ja cię, synu tak kocham, że ja ci teraz złamię rękę!”. Prawda jest zatem taka, że Bóg nie jest Tym, który nam zsyła krzyże [„krzyżyki”]! Lecz wchodzi w naszą historię życia taką, jaka ona po prostu jest…
Co do cierpienia możemy sobie zadawać pytania typu „dlaczego”, ale nie ma na nie łatwych, ferowanych klerykalnym tonem odpowiedzi. Papież Franciszek na pytanie chłopczyka: „Dlaczego mój tata umarł na nowotwór?” odparł: „Muszę Ci uczciwie powiedzieć: nie wiem… Nie dam ci racjonalnej odpowiedzi…”. Zaprosił następnie chłopca do siebie i go przytulił. Bóg dał na to całe cierpienie odpowiedź w Jezusie. Jezus jest odpowiedzią Boga Ojca na ludzki ból i cierpienie. Bierze wszystko, co ludzkie, i jednoczy się z nami też w cierpieniu, i doświadcza każdego bólu ludzkiego. Jednoczy na Krzyżu każde ludzkie cierpienie. On tego doświadczył. To nie jest tak, że On tego nie doświadczył. On każdy grzech gładzi. On z cierpienia to samo robi: Wypija do ostatniego łyka. Nie ma we mnie zatem takiego bólu i cierpienia, w którym byłbym tylko sam. On zjednoczył Siebie z nami: też mój grzech i moje cierpienie. Chodzi o to, żebym w tym, co przeżywam, z czym się zmagam, wyszedł Jezusowi na spotkanie. To cierpienie może być pudełkiem, gdzie sam zamknięty siedzę, i tam przygnębienie, smutek i rozpacz nie są czymś dziwnym. Trzeba jednak dać się Jezusowi wyprowadzić z tego pudełka… Temat niepłodności nie mówi wszystkiego o tym, kim jesteśmy. To nie jest jedyny wymiar nas samych. Jeżeli będziemy tam zamknięci, to będziemy martwi za życia. Tu nie ma innej drogi niż przestrzeń zaufania… On nie od razu na każdym etapie prosi o rozumienie, lecz o zaufanie.
Księdzu zawalił się pewnego razu świat obecności w seminarium… Był rozbity, rozwalony. Przed Świętym Franciszkiem dopiero zrozumiał, że albo zaufa, albo nie… Ksiądz zrozumiał, że musi zaufać. Doznał wtedy doświadczenia zaufania. To wymiar ważny w przestrzeni zaufania. Każda rana moja i drugiego człowieka ma odzwierciedlenie w Jego Ciele (Jezusa). To dowód na Jego Miłość – te rany… On Zmartwychwstały ma przebite dłonie… Ale nie zaufacie, jeżeli nie uwierzycie, że jesteście kochani. Można wywalać emocje… On bierze to wszystko „na klatę”. Ale najważniejsze jest uwierzyć w Miłość. On daje dzień, jeden, drugi… Jakby od razu dał Ci wszystko znać, co spotka Cię w danym roku, to byś uciekł. Następnie Ksiądz Jacek z czułością powiedział: „Tak… To Wasza rana, pragnienie potomstwa. Ona Was dotyka mocno, ale ona nie jest Waszą definicją. Nie wierzcie, jak ktoś coś innego Wam mówi w Kościele! Bóg da nam Swoją Łaskę i nas nie zostawi… Bo i wierność celibatowi to owoc działania i Łaski. Tu chodzi o pytanie: Czy zaufam?
I odpowiedź: Zaufam wtedy, kiedy uwierzę w Miłość. I nikt inny za mnie tego nie zrobi. W tym momencie na sali nagle zapanowała cisza i po chwili Ksiądz Jacek powiedział wzruszony: „Chcę Was przeprosić za wszelkie nasze księżowskie teksty, gdzie brakło empatii ze strony Kościoła… I proszę o przebaczenie… o miłosierdzie dla tej słabości…”.
Następnie kontynuował temat konferencji i stwierdził, że bierzemy wartość rzeczywistą, taką, jaka ona jest do wzrostu. Wierzymy, żebyśmy decydowali, co nas ruszy, a co nie ruszy. Da nam przy tym Bóg wolność co do tego, czy nas to ruszy, czy nie? Czy się tym przejmę, czy nie? Wchodzę zatem w rzeczywistość, przyjmuję i decyduję. W imię miłości Boga i bliźniego oraz samego siebie – temu pozwolę się ruszyć, a temu nie. A jak dany ksiądz skrzywdzi przy spowiedzi, to wychodzimy przed konfesjonał, odmawiamy „Zdrowaś Maryjo” i unikamy tego kapłana.
Spotkanie z naprotechnologiem lek. Leszkiem Lachowiczem. Obiad
Zaraz po zakończeniu konferencji odbyło się spotkanie z Panem doktorem od naprotechnologii, Leszkiem Lachowiczem. Dzielił się on między innymi tym, czego dowiedział się podczas ostatniego pobytu we Włoszech na medycznej konferencji. Zapoznał nas z nowoczesną, stosowaną w ośrodku w Padwie metodą oczyszczania organizmu z drobnoustrojów. Drobnoustroje te rodząc ukryte stany zapalne w jednych organach (np. w zębinie czy w zatokach) wpływają na układ rozrodczy, niszcząc męskie plemniki. I po wykryciu takich drobnoustrojów zwalcza się je, stosując różne zalecane przez Pana doktora suplementy, co w znaczący sposób polepsza jakość nasienia u mężczyzn.
Po spotkaniu z dr. L. Lachowiczem poszliśmy o godzinie 13:00 na wspólny obiad. Tam w szkolnej kawiarence pogłębialiśmy nasze przyjaźnie i dzieliliśmy się różnymi sprawami, pogaduszkami i wrażeniami z Dnia Skupienia. W kuluarach i w trakcie przerw uczestnicy mieli również możliwość spowiedzi lub rozmowy z kapłanem, indywidualnych konsultacji na temat leczenia metodą NaProTechnology oraz czas na budowanie koleżeńskich relacji.
Świadectwo małżonków: Ani i Zdzisława
Bardzo ważnym punktem programu naszego Dnia Skupienia było także świadectwo małżeństwa Ani i Zdzisia, które zaczęło się ok. 14:30 i trwało mniej więcej godzinę. Piszę, że to bardzo ważne świadectwo, a składa się na to wiele powodów.
Po pierwsze, Ania i Zdzisiu to pierwsi, którzy od podstaw tworzyli nasze Stowarzyszenie, oczywiście wraz z Izą oraz innymi osobami, w tym ówczesnym księdzem, a obecnie biskupem sosnowieckim, Arturem Ważnym, opiekunem wspólnoty. Dojeżdżał on, jak opowiadali, aż z Tarnowa, kiedy jeszcze nie było autostrady A4. Ania i Zdzisiu po odmówieniu modlitwy do Ducha Świętego, mimo odczuwania przez Nich pewnej początkowej tremy (absolutnie niezauważalnej) przed trudnością prezentowanego tematu, płynęli wyśmienicie na falach Bożej Łaski. Ta była widoczna podczas każdego Ich słowa. Wyznali, że już od 19 lat są małżeństwem. We wspólnocie nie są pod tym względem jedyni, czego przykładem są Marysia i Sylwek (20 lat) czy Kasia i Tomek (21 lat), którzy kiedyś też dawali świadectwo, oraz Małgosia i Przemek (19 lat).
Ania i Zdzisiu dokładnie opowiedzieli nam, jak wyglądały ich początki w Stowarzyszeniu i o tym, że uznawali w sumie za oczywiste to, że doczekanie się upragnionego dzieciątka to tylko kwestia czasu. Tym bardziej, że byli bardzo rozmodleni, oddani Bogu, kochający się jako małżonkowie. Widzieli poza tym, że pośród bardzo dużej liczby członków – wtedy wynosiła ona koło setki – wiele z par doczekiwało się potomstwa, mimo wstępnych trudności. Zatem wtedy, kiedy uznali, że już najwyższy czas (po mniej więcej dwóch latach), żeby postarać się o dziecko, zdziwili się mocno, kiedy to, czego tak mocno pragnęli, nie nadchodziło… Wciąż jednak pełni ufności wierzyli, że to tylko coś przejściowego, bo przecież wokół dzieci się rodziły. Widać zatem było efekty gorliwej modlitwy, jaką też przecież i Oni z tak żarliwym sercem zanosili za tych, których cierpienie było też Ich boleścią. Lata jednak mijały, a pragnienie wciąż pozostawiało niezaspokojone. To nawet rodziło pewne – czego nie ukrywali, aczkolwiek tematu nie rozwijali – problemy w małżeństwie. One na szczęście, dzięki Bogu, były tylko przejściowe, ale ukazali w ten sposób, że brak potomstwa to też ogromne wyzwanie dla samego związku małżeńskiego i ich miłości oraz dla wiary w Boga.
Zdzisiu z nieudawaną szczerością i właściwą dla siebie pogodą ducha i radosnym temperamentem, wyznał, że Jego droga do Boga przechodziła naprawdę przez różne etapy i kolejne nawrócenia. Było to – jak można by dodać – niczym mozolna wędrówka podczas „nocy ciemnej” na Górę Karmel, opisywana przez Świętego Jana od Krzyża. Warto przytoczyć jedną z bardzo barwnie i wesoło opowiedzianych przez Zdzisia historii. Otóż pewnego razu wybrał się z Anią na pielgrzymkę do Hiszpanii, gdzie odwiedzili słynne Sanktuarium Maryjne w Montserrat. Tam przed Cudowną Czarną Figurą Madonny z Dzieciątkiem Jezus, Zdzisiu, złożył solenną obietnicę, co uczynił w słowach: „Maryjo! Obiecuję, że wrócę do Ciebie, jak zostanę ojcem!”. I po tym fakcie wrócił do Polski, a na miejscu niespodzianie usłyszał propozycję nie do odrzucenia, żeby zostać… ojcem chrzestnym ! Zgodził się bez wahania, ale i pomyślał w duchu: „Precyzja, chłopie! Mogłem być bardziej precyzyjny w mojej modlitwie… Użyłem tylko słowa, że jak zostanę „ojcem”, a mogłem przecież dodać bardziej konkretnie, że nie chrzestnym, lecz tym w pełnym tego słowa znaczeniu … Cóż, jakże warto być w modlitwie konkretnym
”. Tak też w relacji Zdzisia i Ani była bogata szczypta humoru, ale też i pewnego rozrzewnienia. Bo Ania z kolei opowiadała, jak podczas pobytu w szpitalu w związku z własną operacją rozmówiła się z leżącą tam koleżanką, która akurat była wtedy bezdzietna. Dziewczyny jednak weszły bardzo żywo na tematy religijne, co kiedy Zdzisiu to usłyszał, to westchnął z humorem: „To jakieś chyba »jajca! Co ja tutaj robię, gdzie ja jestem, że dziewczyny tak się religijnie rozkręciły?”. I po jakimś czasie, z tej rozpalonej po chrześcijańsku rozmowy, koleżanka Ani odżyła do tego stopnia, że doczekała się… pięciorga dzieci.
Natomiast Zdzisiu i Ania mimo ich niespełnionego pragnienia cieszą się życiem i mogą się z radością pochwalić, że są rodzicami chrzestnymi aż sześciorga dzieciaków, spośród których niektórzy to już całkiem dorosłe osoby. Ania dodała przy tym, że doświadczenie niepłodności, mimo wielkiego bólu, ma też pewne pozytywne strony, bo i dla siebie samych mają teraz nasi Ukochani Małżonkowie dużo czasu, który pożytkują na liczne podróże. Natomiast co najważniejsze – dodała Ania – Ich największym powołaniem jest wspólna wędrówka do największego życiowego celu, jakim jest Niebo!
Dużo by jeszcze można opowiadać z tego, co usłyszeliśmy tego miłego popołudnia z ust naszych serdecznych i bezgranicznie oddanych sobie i Bogu Małżonków, Ani i Zdzisia. Na koniec tej relacji zamknąć można ją natomiast wspomnieniem o tym, jak to przepiękne było Ich świadectwo życia. Mogą służyć naprawdę za wzór tego, jak z godnością i ufną wiarą oraz wzajemną miłością przyjmować Zamiary Bożej Opatrzności, nawet wtedy, kiedy nie jest tak, jak tego wielkiego dobra rodzicielstwa tak mocno chcemy i pragniemy … To świadectwo było wielkim pokrzepieniem i umocnieniem dla tych par, które idą drogą podobną do Ani i Zdzisia i taką drogą iść będą. Pokazali nam Oni, że w każdych warunkach można być Bogu za wszystko wdzięcznym i szczęśliwym, czyli błogosławionym. Ksiądz Jacek Moskal mógłby natomiast zapewne dopowiedzieć: „Można być też nawet Słowem Bożym i Bożym Błogosławieństwem …”.
Adoracja Najświętszego Sakramentu: Koronka do Bożego Miłosierdzia i Różaniec Święty
Po świadectwie danym przez Anię i Zdzisia udaliśmy się do kaplicy szkolnej, gdzie o godzinie 15:45 –rozpoczęła się nasza wspólnotowa adoracja Pana Jezusa. Odmawialiśmy Koronkę do Miłosierdzia Bożego, a później Różaniec Święty z pięknymi, sercem pisanymi, na głos wypowiadanymi, rozważaniami autorstwa Oli i Krzysia. W międzyczasie była możliwość spowiedzi lub rozmowy z kapłanem oraz indywidualnej rozmowy na temat leczenia metodą NaProTechnology i porozmawiania w kuluarach.
Msza Święta — Eucharystia
W kaplicy katolickiej Szkoły Podstawowej o godzinie 16:45 rozpoczęła się Eucharystia. W czasie Mszy Świętej odprawianej w intencji o dar potomstwa zawierzaliśmy wszystkie nasze tęsknoty i marzenia. Koncelebransami byli Ksiądz Jacek Moskal i nasz Opiekun, Ksiądz Mirosław Czapla. Ten pierwszy wygłosił piękne kazanie na kanwie Listu Świętego Pawła Apostoła do Galatów (Ga 3, 22-29) i czytania z Ewangelii według Świętego Łukasza (Łk 11, 27-28), zawierającego słowa Jezusa o tym, że błogosławieni są ci, którzy słuchają Słowa Bożego i go przestrzegają.
W komentarzu do pięknie przeczytanego przez Madzię Listu do Galatów na początku kazania Ksiądz Jacek Moskal wspomniał o tym, że Święty Paweł Apostoł prowadził polemikę z Galatami. Dotyczyła ona kwestii tego, że po okresie bycia chrześcijanami Galaci zaczęli dryfować z powrotem w kierunku judaizmu polegającego na przestrzeganiu wyłącznie prawa żydowskiego. Warto przy tym pamiętać o tym, że Żydzi znali kilkaset, może i ponad osiemset przykazań i wydawałoby się, że jest to ogromnie dużo i nikt ich nie przebije. Trzeba ich jednak w sumie chyba przeprosić za takie śmiałe twierdzenie, bo my katolicy de facto mamy tych przepisów znacznie więcej. Wystarczy sięgnąć po Kodeks Prawa Kanonicznego z ponad tysiącem kanonów.
Później jednak Ksiądz Mirosław dopowiedział, że tak, przepisów kanonicznych w tym zbiorze prawa jest ponad tysiąc, ale na końcu w nich zapisano fundamentalną zasadę, że najważniejsze jest zbawienie duszy ludzkiej [salus animarum suprema lex – zbawienie dusz najwyższym prawem; kan. 1752 – „(…) mając przed oczyma zbawienie dusz, które zawsze musi być w Kościele najwyższym prawem”]. Ostatecznie zatem w religii, jaką wyznajemy, akcenty są inaczej rozłożone niż w judaizmie. My jesteśmy bowiem obdarowani przez Boga i nie musimy aż tak bardzo – jak twierdzili Żydzi – na Życie Wieczne zasługiwać swoimi uczynkami poprzez przestrzeganie Prawa. Bo my już nie jesteśmy w Starym Testamencie, gdzie do czasu przyjścia wiary byliśmy poddani pod straż Prawa i trzymani w zamknięciu. Wraz z objawieniem się wiary w Chrystusa jesteśmy bowiem w Nowym Testamencie i dzięki tej wierze uzyskaliśmy usprawiedliwienie. Wszyscy bowiem przez wiarę jesteśmy synami i córkami Bożymi – w Chrystusie Jezusie. Bo my wszyscy, którzy zostaliśmy ochrzczeni w Chrystusie, przyoblekliśmy się w Chrystusa. Jeżeli zaś należymy do Chrystusa, to jesteśmy też potomstwem Abrahama, dziedzicami zgodnie z daną mu obietnicą.
Ewangelia według Świętego Łukasza (Łk 11, 27-28) wpisywała się idealnie w treści słuchanych przez nas wcześniej z wypiekami na twarzy dwóch części konferencji. Bo jest w Dobrej Nowinie mowa o Błogosławieństwie nie tylko tym wynikającym z samego faktu bycia biologiczną i prawną matką, co wyrażały słowa wypowiedziane do Jezusa przez jakąś kobietę z tłumu, która głośno zawołała do Niego: «Błogosławione łono, które Cię nosiło, i piersi, które ssałeś». Istnieje bowiem błogosławieństwo wyższego rzędu, o którym przypomniał Jezus, i na słowa kobiety rzekł: «Tak, błogosławieni są raczej ci, którzy słuchają słowa Bożego i go przestrzegają».
Do tego też, jak można dodać, każdy z nas uczestników rekolekcji został powołany. To znaczy do płodności wyższej niż ta biologiczna: do bycia płodnymi w sposób nadprzyrodzony, duchowy, poprzez zasłuchanie w Jezusa i w skierowane do nas słowo o tym, że i my jesteśmy, co zdumiewające i zadziwiające oraz odkrywcze, Słowem Bożym oraz Bożym Błogosławieństwem. Ponownie bowiem, tym razem na kazaniu, Rekolekcjonista o tym Ciebie i mnie przekonywał, że każdy z nas naprawdę jest takim właśnie Błogosławieństwem i danym od Boga Słowem, jakie Bóg chce w najpiękniejszy możliwy sposób opowiedzieć Tobie o Tobie i Tobie Tobą błogosławić!
Opowiadał ponadto na kazaniu Ksiądz Jacek o pewnym zdarzeniu, którego był uczestnikiem. Uprzedzony przed pójściem na spacer, ku czemu się mocno skłaniał, zaproszony został pewnego razu przez Domowy Kościół na Adorację Pana Jezusa do jednego z kościołów. Tam natomiast prawie wszyscy w kółko, w rytm modlitwy dziękczynnej wypowiadali na głos modlitwę typu: „Dziękuję za moją Żonę Krysię i za mojego Męża Włodka”, a reszta powtarzała na głos: „Dzięki Ci, Panie!”. Po czym ponawiała dziękczynienie z użyciem wszystkich innych możliwych imion obecnych na nabożeństwie modlących się osób. Ksiądz Jacek, przyznał szczerze, że też w ślad za innymi te formuły modlitewne powtarzał. W duchu jednak myślał: „Przecież ja wybrałem celibat, bo jestem kapłanem, zatem żony i dzieci mieć nie mogę, chociaż mógłbym mieć, bo natura mężczyzny tak właśnie do tego jest stworzona. Nie chciałbym jednak mieć do czynienia – z humorem powiedział Ksiądz Jacek, zerkając wesoło na Księdza Mirka - z Panami z Sądu Metropolitarnego. Zatem dziękuję Panie za ranę, jaką jest mój celibat… Bo w Twojej Ranie Jezu jest zanurzona i ta moja rana. I ponaglony tego rodzaju zachętą tym usilniej Ksiądz Jacek dalej wraz z innymi powtarzał: „Dzięki Ci, Panie”.
Po kazaniu z zadumą rozważaliśmy wygłoszone nam słowo i uczestniczyliśmy w dalszej części Świętej Liturgii, ciesząc się śpiewem Diakoni Muzycznej pod przewodnictwem znanego nam Zdzisia, który uświetniał uroczystość piękną grą na gitarze i śpiewem. Eucharystię natomiast, ku naszej wielkiej radości, przyjmowaliśmy pod obiema postaciami: Chleba i Wina.
Uwielbienie z posługą modlitwy wstawienniczej Saletyńskiej Wspólnoty Nowej Ewangelizacji
Po Mszy Świętej miało miejsce uwielbienie z posługą modlitwy wstawienniczej, którą poprowadziła Saletyńska Wspólnota Nowej Ewangelizacji, a modlitwie towarzyszył nam piękny śpiew kilku osób, koleżanek i kolegów z wymienionej już Diakoni Muzycznej na czele z zagrzewającym nas z gitarą w ręku do Uwielbienia Pana, Zdzisiem.
Wspólna kolacja. Dzielenie się wrażeniami: podsumowanie Dnia Skupienia
Później, na sam już koniec, po zjedzeniu wspólnej bardzo smacznej kolacji (18:30), spotkaliśmy się na podsumowaniu Dnia Skupienia (19:15). Zasiedliśmy w naszym modlitewnym i przyjacielskim gronie „okrągłego stołu”. Bo siedzieliśmy obok i naprzeciw siebie na krzesełkach ustawionych w formie koła, niczym rycerze legendarnego króla Artura. Głos zabierało kilka osób, spośród tych, którzy mieli na to ochotę i ku temu natchnienie. Każdy, kto przybędzie kiedyś na taki Dzień Skupienia, to sam będzie mógł się przekonać, jak takie dzielenie się w grupie wygląda. Wiele z wypowiedzianych słów miało dość osobisty charakter, dlatego zaniecham dłuższej relacji i podawania informacji na temat tego, co kto, dokładnie na dany temat powiedział.
Ogólnie warto jednak wspomnieć o tym, że:
1. Wielu osobom te konferencje bardzo pomogły, na przykład w tym, aby otworzyć serce na Słowo Boże i żeby ono mogło z nas bardziej wypływać, wyzwalając z wszelkiego rodzaju zamknięcia. Wszystko po to, aby pomnażać dobro w sobie i pomnażać je też poprzez otwarcie na innych, i tego się nie bać, i tym się nie dołować.
2. Padły też stwierdzenia, że czasem przychodzi w życiu pary starającej się o dziecko moment, kiedy trzeba przejść proces jakby uwolnienia się i powiedzenia „STOP” na bycie stawianym w roli „królików doświadczalnych”. Trzeba bowiem wreszcie czasami wyjść z rozżalenia nad sobą z powodu niepłodności typu: „Oj, jakie biedne dziecko… biedne, bardzo biedne…”. To bardzo potrzebne, bo nie każdy chyba wie o tym, że osoby w niepłodności mają psychikę obciążoną tak mocno, jak osoby leczące się z chorób nowotworowych. Człowiek zatem się rozczula nad sobą, ale zarazem bardzo chce w głębi serca wyjść z tego samodefiniowania się jako osoba niepłodna. Ludzie ten bolesny ciężar niosący naprawdę mówią o tym, że już nie chcą być tymi, którzy noszą znamię bycia niepłodną czy też niepłodnym. Potrzebują bowiem poczuć się w środku wartościowymi, a ta łatka bezpłodności w tę wartość mocno uderza i mocno osłabia, podcina kolana i powoduje potworny ból, nie do zniesienia. Nie wiedzą o tym ci, którzy stoją z daleka i dystansują się względem naszego cierpienia. To pragnienie bycia mamą, czy tatą, zawsze będzie, nie łudźmy się, że da się to całkowicie wymazać, jak gumką zamazuje się wyrazy napisane ołówkiem. Z drugiej jednak strony nosimy pragnienie, żeby w tym wszystkim móc wreszcie zacząć żyć, i to być może, jak mawiał Ksiądz Jan Kaczkowski, „na pełnej petardzie”. I w ten sposób nareszcie wyzwolić się spod negatywnego wpływu tego pragnienia na własne życie.
3. Inni z kolei zauważyli, że dzięki usłyszanej konferencji mogli zobaczyć siebie w optyce Pana Boga. Te słowa Księdza Jacka były bowiem nowatorskie. To Ewangelia – to jak Pan Bóg mnie widzi. Mówi do mnie: „Zobacz! Jesteś ukochany! Jesteś Błogosławieństwem i Słowem Bożym!”. To słowo, które bardzo dowartościowuje. Ono też pomaga zrozumieć to, że mimo braku niekiedy spełnienia marzenia przyświecającego przychodzeniu na spotkania „Abrahama i Sary” – czyli doczekania się daru ojcostwa i macierzyństwa, także poprzez adopcję – to nie jest wcale główny cel naszego życia. Bo tym celem, jak powiedziała Ania, żona Zdzisia, jest Niebo. To oznacza, że dosłownie każdy z nas, bez względu na to, jak ta droga ku marzeniu się skończy, naprawdę jest Słowem Bożym oraz Bożym Błogosławieństwem dla siebie, innych i całego świata na tym jego odcinku, na jakim przyszło każdemu z nas żyć. Można w tym nawet stać się „Bożym wariatem” – straconym być może dla świata, ale odzyskanym przez Boga, który to Niebo nam zapewnia i dla nas bardzo mocno tego Nieba pragnie. Także naprawdę można powiedzieć do Was, przeżywających podobne czy identyczne z naszym cierpienie: „Nie jesteście gorsi! Nie jesteście straceni!”.
4. Można było usłyszeć też zdanie, że ten temat i ta konferencja to jest prawdziwy fundament – to znaczy, że jestem Ukochanym Dzieckiem Boga przez Niego zaplanowanym i chcianym. Nie ma sytuacji, z którą Pan Bóg nie potrafi sobie poradzić. To mnie uskrzydla i to jest moją siłą! Te natomiast trudne doświadczenia muszą być, żebyśmy się rozwijali, umieli przebaczać, kochać człowieka takim, jakim jest w rzeczywistości.
5. Zauważono również, że kapłani, którzy muszą się zmierzyć, skonfrontować niejako naocznie z tematem niepłodności poprzez spojrzenie prosto w oczy ludziom borykającym się z tym ciężkim brzemieniem, miewają wielkiego „cykora”. Mogą sobie nawet zadawać pytanie typu: „Co ja takiego najlepszego zrobiłem i na co zamierzyłem, żeby się pakować w tak trudne tematy?”. Jednak, jeżeli przełamię ten opór, może okazać się, że w ten sposób mają szansę wypłynąć z nami – zmagającymi się z koszmarem bycia niepłodnym – na niesamowite morze cierpienia. I może też taki, czy inny kapłan lub zakonnik usłyszeć wewnętrzny głos, który mówi: „To są Moje Dzieci, zajmij się Nimi!”. Ten nasz ból może wtedy stać się poniekąd jego bólem. Zdarzyć się może też i tak, że to, co się dzieje na bazie Twoich ran, Droga Czytelniczko i Drogi Czytelniku – to, że Pan Bóg kiedyś zlitował się nad Tobą, może być pomostem, łącznikiem z ludźmi, do których zostaniesz kiedyś posłany i dzięki temu cierpieniu będziesz dla nich bardziej wiarygodny i pełen współczucia. Gdyby nie Twoje i moje rany – na co ty czy ja pozwoliliśmy kiedyś przejść Bogu razem z nami przez świat naszych ran, to może by nie było tego dobra, które już się stało albo za pewien czas się stanie… Słysząc o tym, uczyniłem notatkę o treści: „Zatem te rany też są błogosławieństwem…”.
6. Kiedy przyszła natomiast kolej na wypowiedź Księdza Jacka, postawił On przed nami dwa zadania:
- w polu małżeńskim. Znajdźcie czas w tym tygodniu i zróbcie sobie kawę taką dobrą, weźcie się za ręce i zadajcie pytanie: „Droga Żono, Drogi Mężu, powiedz mi, jakie DOBRO wydarzyło się w Twoim życiu dzięki mnie?”. Żebyśmy usłyszeli, jakim DOBREM jesteśmy dla siebie nawzajem. Jako „kronikarz” mógłbym natomiast dodać, że dla innych łatwiej może być przynajmniej sobie o tym pomyśleć i najpierw samemu to pytanie sobie zadać. A następnie próbować, wtedy, kiedy będzie to możliwe, na miarę swoich możliwości i z Bożą pomocą, odpowiedzieć tym razem już na głos Żonie lub Mężowi na to pytanie, aby to usłyszał i się o tym dowiedział i tym się ucieszył;
- poćwiczyć to, co mówiliśmy w Adoracji Przenajświętszego Sakramentu. I przeżyjcie tę Adorację trochę inaczej niż zwykle. Bo my koncentrujemy się na Nim, który jest obecny w Tym Chlebie z miłości do nas. Druga część Adoracji niechaj zatem będzie taka: Adoracja jest dwustronna. My patrzymy na Niego, ale i On patrzy na Was i Adoruje Was. On przynosi spojrzenie Ojca. To spotkanie dwóch Adoracji. Jak ja patrzę na Niego i jak On patrzy z zachwytem, z miłością patrzy na mnie… Ale pozwolić Mu wszystko zobaczyć: pozwolić też popatrzeć na to, co ciemne, grzeszne i można dodać – brzydkie, złe, odrażające, zawstydzające, brudne, wypierane i traktowane jako „nie-moje”. Jeżeli Pan Jezus – z Monstrancji – nigdzie nie ucieknie to znaczy, że wytrzymał. On na Was nie może się napatrzyć, tymi słowami zakończył swoje dzielenie się Ksiądz Jacek.
7. Pojawiła się też refleksja innych Uczestników Dnia Skupienia, że te konferencje to było odkrycie, że jestem Słowem, które może objawiać Boga. I że Drugi Człowiek jest tym Słowem. To też motywacja, żeby być dobrym, bo skoro popatrzę na siebie, że jestem tym Słowem, to kurcze… muszę się zmotywować i uczynić to dobro.
8. Może też zdarzyć się i tak, że my nawet możemy nie wiedzieć, że jest coś takiego, jak niepłodność. My sami nawet możemy nie wiedzieć, w czym tkwi problem. Bo może przecież wydawać się, że to oczywiste, że jak się jest w małżeństwie to tylko kwestią czasu jest stanie się rodzicem, matką i ojcem. Coś bardzo podobnego słyszeliśmy już podczas świadectwa Ani i Zdzisława – widać, że tak się zdarza…
Ze wszystkiego jednak zawsze można z Bożą pomocą wyciągnąć dobro i otworzyć swoje serce, nawet w tak trudnym położeniu, jak to będące doświadczeniem członków Stowarzyszenia Wspierania Małżeństw Niepłodnych „Abraham i Sara” w Krakowie. Tym dobrem może też być każdy z nas, bo, jak na koniec ok. 20:30 powiedział nasz Gość Honorowy – Ksiądz Jacek Moskal: „Bóg dotyka przez moje życie innych ludzi”. Tak się dzieje, ponieważ tak, tak! Właśnie Ty i właśnie ja: jesteś, jestem, jesteśmy danym od Boga Słowem i Bożym Błogosławieństwem ❤️
Na koniec tej części załączam piękną modlitwę o pokój i pogodę ducha, którą podzielili się z nami Madzia i Marcin, za co Im bardzo dziękujemy.
MODLITWA O POKÓJ DUCHA
O Boże,
użycz mi pogody ducha,
abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić, odwagi,
abym zmieniał to, co mogę zmienić,
i mądrości,
abym odróżniał jedno od drugiego.
Pozwól mi, cały ten dzień przeżyć
w świadomości upływającego czasu.
Pozwól mi rozkoszować się chwilą
w świadomości jej ograniczenia.
Pozwól mi zaakceptować konieczność,
jako drogę do wewnętrznego pokoju.
Pozwól mi, za przykładem Jezusa,
przyjąć także ten grzeszny świat, jakim jest,
a nie, jakim ja chciałbym, aby był.
Pozwól mi zaufać, że będzie dobrze,
jeśli zdam się na Ciebie i Twoją wolę.
Tak będę mógł być szczęśliwym w tym życiu
i osiągnąć pełnię szczęścia z Tobą
w życiu wiecznym.
Amen.
[Za zgodą Kurii Biskupiej Warszawsko-Praskiej - dnia 28.06.2010 r.]
Głosy i końcowe refleksje uczestników
Na koniec posłuchajmy jeszcze takich oto poruszających wspomnień z tego pięknego, rekolekcyjnego Dnia Skupienia:
- Klaudia i Sebastian:
„Dla nas ludzi wierzących nie ma przypadków, więc cieszę się, że PAN BÓG skierował tutaj nasze kroki. Skupiam się na Jego spojrzeniu, więc chcę Go prawdziwie zobaczyć. Zabieram też intencje ludzi, których poznałam i poznałem, bo chcę przedstawić je Bożemu Sercu.”.
- Kasia i Tomek:
„Podczas rekolekcji dla Małżeństw Niepłodnych zatrzymaliśmy się nad pytaniami, czy potrafimy przyjąć siebie jako słowo Boga i zobaczyć w sobie Jego błogosławieństwo. Był to dla nas czas refleksji nad naszym życiem, uczuciami i doświadczeniem niepłodności, a także okazja do spojrzenia na siebie nawzajem i na naszą relację z Bogiem.
Słowa te budzą w nas zarówno nadzieję i pokój, jak i smutek, tęsknotę oraz wiele pytań. Wierzymy, że jesteśmy kochani przez Boga, ale nie zawsze potrafimy patrzeć na siebie w ten sposób. Czasami skupiamy się na niespełnionym marzeniu o rodzicielstwie i na tym, czego nam brakuje. Pojawia się wtedy żal, że nasze życie wygląda inaczej, niż sobie wyobrażaliśmy. Trudno nam dostrzec, że również nasza droga, mimo trudności, ma wartość i sens.
W przyjęciu siebie jako Bożego błogosławieństwa przeszkadzają nam czasami porównywanie się z innymi małżeństwami, poczucie straty, lęk i rozczarowanie. Niepłodność jest dla nas trudnym doświadczeniem, które przynosi wiele emocji i pytań, także tych kierowanych do Boga. Zdarza się, że patrzymy na siebie przez pryzmat tego, czego nie mamy, zamiast dostrzegać dobro, które jest obecne w naszym życiu. Uczymy się jednak, że możemy przeżywać smutek i tęsknotę, a jednocześnie ufać, że jesteśmy kochani i ważni w oczach Boga.
Pomocne w budowaniu takiego spojrzenia są dla nas wspólna modlitwa, Słowo Boże, wzajemne wsparcie, szczere rozmowy i obecność osób, które rozumieją nasze doświadczenia. Ważne jest również dostrzeganie małych radości codzienności, wdzięczność za to, co otrzymaliśmy, oraz troska o naszą więź małżeńską. Chcemy pamiętać, że nasza wartość nie zależy od tego, czy zostaliśmy rodzicami, ale od tego, kim jesteśmy i jaką miłością potrafimy się dzielić.
Rekolekcje uświadomiły nam, że chcemy uczyć się patrzeć na siebie oczami Boga — z miłością, czułością i akceptacją. Pragniemy przyjmować siebie nawzajem z naszymi pragnieniami, słabościami, nadziejami i trudnościami. Chcemy pamiętać, że niepłodność nie definiuje całego naszego życia i nie odbiera nam możliwości kochania, budowania relacji oraz czynienia dobra. Nasze życie może być owocne na wiele sposobów, nawet jeśli nie wszystko układa się zgodnie z naszymi marzeniami.
Z rekolekcji zabieramy pragnienie większego zaufania Bogu, wdzięczności za siebie nawzajem i umiejętności dostrzegania dobra w codzienności. Chcemy stopniowo uczyć się przyjmować siebie jako ukochane dzieci Boga i odkrywać, że również jako małżeństwo możemy być Jego błogosławieństwem dla siebie i innych ludzi. Mamy nadzieję, że ta refleksja pomoże nam z większą miłością patrzeć na siebie, umacniać naszą więź i odnajdywać nadzieję nawet pośród trudnych doświadczeń.”.
- Marysia i Sylwek:
„ [1] Pierwsza konferencja była dla Nas niezwykle wartościowa – Ksiądz Jacek postawił przed nam pytania, które mają ogromną głębię:
Czy mam świadomość, że sam jestem błogosławieństwem? Czy kiedykolwiek patrzyłem na siebie w ten sposób? Dla Nas były to pytania przełomowe, które otworzyły zupełnie nową perspektywę spojrzenia na siebie, naszą codzienność, trudności i całe życie. W mojej ocenie Ksiądz Jacek zrobił to po mistrzowsku — nie dając gotowych odpowiedzi, ale zapraszając do głębokiej refleksji. Szczególnie mocno wybrzmiały słowa: »Bóg pobłogosławił Tobie — Tobą«. Jest to myśl, która potrafi zmienić sposób, w jaki postrzegamy samych siebie, swoją wartość i problemy, z którymi się mierzymy. Ksiądz Jacek przypomniał nam również, że jesteśmy umiłowanymi dziećmi Boga, powołanymi do dawania życia, czyli do dawania miłości. To rozumienie dawania życia było dla mnie jednym z najważniejszych odkryć. Jeśli spojrzymy na nie jako na obdarowywanie drugiego człowieka miłością, zupełnie inaczej zaczynamy postrzegać doświadczenie naszej niepłodności. Można nawet odważyć się na stwierdzenie, że w wymiarze duchowym wcale nie jesteśmy niepłodni. Wręcz przeciwnie — możemy być niezwykle płodni w miłości. Możemy dawać jej bardzo wiele, wnosić dobro, nadzieję i bliskość w życie innych ludzi a przede wszystkim w małżeństwie. Wystarczy, że tego pragniemy i otwieramy na to nasze serca. Nie umniejsza to bólu związanego z bezpłodnością, ale pozwala odkryć, że nasza zdolność do dawania życia=miłości jest znacznie większa, niż moglibyśmy sądzić. Dlatego pierwszą konferencję odbieram jako fundament całych rekolekcji i klucz do zrozumienia ich głównego przesłania — otwierania serca, strzeżenia serca. Bo być może właśnie od tego wszystko się zaczyna: od odkrycia, że sami jesteśmy błogosławieństwem, jesteśmy kochani przez Boga i mamy w sobie ogromną zdolność do obdarowywania innych miłością.
Dzielenie w grupach [2] było dla Nas kolejnym ważnym doświadczeniem w odkrywaniu, że miłość jest sensem życia. Możliwość otwarcia się przed innymi, opowiedzenia własnej historii, ale też wysłuchania osobistych przeżyć, miała dla nas ogromną wartość. Po raz kolejny poczuliśmy, jak niezwykłe jest spotkanie bratnich dusz — ludzi, którzy potrafią zrozumieć, co czuję i przez co przechodzę. To właśnie w takich spotkaniach ta wyjątkowa atmosfera wzajemnego zaufania i współdzielenia cierpienia daje poczucie, że nie jesteśmy sami.
[3] Podczas drugiej konferencji Ksiądz Jacek dotknął sedna, pokazując, że najważniejszym powołaniem małżeństwa jest miłość, otwartość serca i wspólna droga do nieba. Dzięki odniesieniom filozoficznym i teologicznym mogliśmy na nowo odkryć swoje miejsce w Kościele — nie przez pryzmat niepłodności, ale jako małżeństwa zdolne do dawania miłości, otwarte na drugiego człowieka i powołane do świętości.
Szczególnie mocno wybrzmiały słowa z Ewangelii św. Jana (J 3,16): „Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie umarł, ale miał życie wieczne”. W tym kontekście poruszające było przesłanie Księdza Jacka: „Daj się pokochać Bogu w tej rzeczywistości, jaka ona jest”. To zaproszenie, by przyjąć Bożą miłość tu i teraz, ze wszystkimi naszymi trudnościami i niespełnionymi pragnieniami. Ważnym odkryciem była również myśl, że serce jest miejscem podejmowania decyzji — to w nim rodzi się gotowość do miłości, otwartości i obdarowywania drugiego człowieka. Szczególnego znaczenia nabrało przywołane przesłanie papieża Benedykta XVI, że jednym z najtragiczniejszych doświadczeń człowieka jest utrata zdolności do kochania. To uświadamia, że nawet w cierpieniu najważniejsze jest, by nie zamknąć swojego serca. Cennym uzupełnieniem konferencji były również praktyczne wskazówki, w tym test talentów Gallupa, który pomaga odkrywać i rozwijać własne mocne strony, by lepiej wykorzystywać je w codziennym życiu i relacjach z innymi. Dla Nas była to niezwykle poruszająca i przełomowa konferencja, która umocniła przekonanie, że o wartości naszego małżeństwa nie decyduje to, czego nam brakuje, ale miłość, którą możemy się dzielić. Bo to właśnie otwarte serce i zdolność do kochania nadają sens Naszej Wspólnej drodze do Nieba. Świadectwo Ani i Zdzicha mogliśmy nie tylko usłyszeć, ale wręcz zobaczyć, jak słowa Księdza Jacka, które wcześniej głosił na konferencjach, znajdują odzwierciedlenie w prawdziwym życiu. Takie mieliśmy wrażenie, że to było spójne. Ich małżeństwo jest świadectwem tego, że celem wspólnej drogi jest niebo, a bezdzietność nie definiuje małżeństwa ani nie odbiera mu wartości. Może wręcz otwierać je na inny wymiar miłości i dawania życia. Dla nas było to doświadczenie pełne emocji. Z jednej strony radość z odkrywania, że otwierając serce na drugiego człowieka, możemy dawać życie poprzez miłość. Z drugiej — wciąż obecny ból, cierpienie i tęsknota za możliwością obdarowania tą miłością własnych dzieci. To nasze osobiste doświadczenie, nasz krzyż, który zapewne zawsze będzie nam towarzyszył. Jednak dzięki temu świadectwu jeszcze mocniej zrozumieliśmy, że miłość jest najważniejsza, a jej prawdziwym celem jest prowadzić Nas razem do nieba.
[4] Kulminacyjnym punktem była Msza Święta — prawdziwa uczta eucharystyczna, poprzedzona przepiękną adoracją Najświętszego Sakramentu, podczas której odmówiliśmy Koronkę do Bożego Miłosierdzia prowadzoną przez Siostry Nazaretanki, trwaliśmy na modlitwie w ciszy oraz odmówiliśmy Różaniec Święty, który poprowadzili Ola i Krzysztof, ubogacając tajemnice radosne pięknymi rozważaniami.
Uroczysta Eucharystia, której przewodniczył nasz Ksiądz Mirek, a koncelebrował Ksiądz Jacek, była prawdziwym duchowym umocnieniem. Słowo Boże odczytane przez Madzię oraz przepięknie wyśpiewany psalm przez Przemka pozwoliły nam jeszcze głębiej przeżyć tę wyjątkową chwilę.
Całość dopełniła piękna oprawa muzyczna i śpiew przygotowane przez Saletyńską Wspólnotę Nowej Ewangelizacji, która po Mszy Świętej poprowadziła również modlitwę wstawienniczą.
To był czas pełen łaski, pokoju, wzruszeń i Bożej obecności. Czas, w którym serce i dusza mogły się naprawdę umocnić.
Chwała Panu za ten błogosławiony czas!
[5] Pięknym momentem było wspólne podsumowanie dnia, kiedy siedząc w kręgu, mogliśmy podzielić się swoimi przeżyciami i refleksjami. Po raz kolejny doświadczyliśmy wyjątkowej atmosfery bliskości, otwartości i wzajemnego zrozumienia. Szczególnie poruszyły nas dwa niezwykłe zadania, które Ksiądz Jacek pozostawił nam na zakończenie dnia.
Pierwsze — aby usiąść naprzeciwko współmałżonka, trzymając się za ręce, i odpowiedzieć sobie wzajemnie na pytanie: „Co dobrego spotkało mnie w życiu dzięki Tobie?”. Niby proste, a jednocześnie niezwykle głębokie zaproszenie do wdzięczności, dostrzeżenia dobra i odkrywania na nowo wartości naszej miłości.
Drugie zadanie to wspólna adoracja Najświętszego Sakramentu w ciszy, ale z zupełnie nową dla nas perspektywą. Nie tylko my adorujemy Jezusa, patrząc na Niego obecnego w Eucharystii, ale również ze świadomością, że Jezus patrzy i adoruje nas z nieskończoną miłością. Możemy stanąć przed Nim tacy, jacy naprawdę jesteśmy — bez masek i udawania. Pozwolić Mu na nas patrzeć, przyjąć Jego miłość i otworzyć na nią swoje serca. To zadanie równie piękne, co wymagające.
Wyjątkowym gestem na zakończenie było również obdarowanie wszystkich przez Olę i Krzysia książką „Cień Ojca”.
W tym miejscu, jako kronikarz tego sprawozdania pragnę dodać, że jest to dzieło naszego rodaka – Jana Dobraczyńskiego – opowieść o św. Józefie, niebiologicznym ojcu Jezusa, który jednak uczuciowo i mentalnie był dla Niego niczym prawdziwy ojciec. Bo czy ojcostwo to tylko biologia? To przecież też pełen męskiej czułości i wrażliwości stan serca, umysłu oraz odpowiedzialności – a nadto też dawanie poczucia bezpieczeństwa i przestrzeni na „rozwinięcie skrzydeł” przez dziecko.
Ten dzień – wspominają dalej Marysia i Sylwek – pozostawił w nas poczucie głębokiej wdzięczności i przekonanie, że otwieranie serca na miłość Boga i drugiego człowieka jest nie tylko pięknym przesłaniem, ale przede wszystkim zadaniem na każdy kolejny dzień naszego życia.
Epilog
Sprawozdanie to powstało w mniej więcej tydzień po opisywanych wydarzeniach. Wróciliśmy z danym nam przez Księdza Jacka rekolekcyjnym słowem do naszych domów. I te nauki raz po raz, w różnych momentach dnia wciąż wybrzmiewają w naszych sercach niczym powtarzające się, miłe dla ucha, echo: „Jesteś Słowem Boga! Jesteś Bożym Błogosławieństwem!”.
Naprawdę Kochana Siostro i Kochany Bracie, jesteś Słowem Bożym i Bożym Błogosławieństwem!
Jesteś Nim od momentu Twojego stworzenia i równoczesnego z nim poczęcia, bo wtedy tak upragnione przez Boga i wymarzone od miliardów lat Słowo, stało się Ciałem Twojego Ciała.
To właśnie Ty stałeś się i stałaś istniejącym, żywym Słowem od Boga dla świata, dla Twoich Rodziców i Dziadków, Koleżanek i Kolegów, dla Każdego, i wreszcie dla Ciebie Samego – Nim jesteś. Bo też Ty sama i Ty sam dla samej i samego siebie, jesteście Bożym Darem, Klejnotem i Najpiękniejszą Perłą!
Ksiądz Jacek pragnął Każdemu z nas przekazać Ewangelię Jezusa o tym, że tak jest i że to jest znana Aniołom miłosna pieśń Boga dana Tobie o Tobie… To pieśń Boskiego Oblubieńca z Pieśni nad Pieśniami, który Ciebie stworzył, gdy poczęłaś się i począłeś, ku radości, płaczącego ze szczęścia Boga. On cieszył się bardziej niż Aniołowie oraz Twoja Mama i Tata, kiedy się poczęłaś i począłeś, kiedy się urodziłaś i urodziłeś!
Słowo dane od naszego Prelegenta jest natomiast okazją do tego, abyś doznał i doznała przemienienia w patrzeniu na samego i samą siebie. Żebyś zobaczyła i zauważył o wiele więcej na Własny temat niż ktokolwiek – nawet Ty sam o sobie – i cokolwiek, kiedykolwiek i w jakikolwiek sposób, czy to źle, czy to dobrze, kłamliwie, czy zgodnie z prawdą o Tobie mówił. O wiele więcej dobrego …
To wezwanie do tego, abyś się zachwyciła samą sobą i wpadł w zachwyt nad samym sobą – ale nie jak biedny i smutny, w gruncie rzeczy zawsze i bardzo nieszczęśliwy, nieznający własnej wartości, narcyz, nieznający nauk Jezusa, lecz bardzo dobrym i czystym samozachwytem Boga nad Tobą! Bo Bóg się Tobą i mną zachwyca, a nawet adoruje Ciebie i mnie, bo tak nam przecież powiedział Ksiądz Jacek Moskal…
Dla Boga jesteśmy bardzo piękni, bo to On nas stworzył, mówi więc do Ciebie i do mnie: „Nie bój się, nie płacz, jesteś piękna, jesteś piękny!”. Bo to On sprawił, że tacy bardzo piękni naprawdę jesteśmy, mimo naszej teraz niepłodności, może tylko przejściowej…
Ty i ja, naprawdę zatem w tym przedstawionym w dwóch konferencjach znaczeniu jesteśmy Słowem Bożym i Bożym Błogosławieństwem!
I niech ta miłosna pieśń Boga o Tobie, który to czytasz, rozbrzmiewa w Twoim sercu i uszach, bo jest to pełna miłosnego zachwytu, wyśpiewywana właśnie o Tobie każdego dnia i nocy, Pieśń Boskiego Oblubieńca ❤️

