Małymi krokami do zdrowia

Co jest najtrudniejsze?

Gdyby ktoś mnie zapytał, co jest najtrudniejsze w naszym naprotechnologicznym leczeniu – jeszcze do niedawna odpowiedziałabym, że zmiana nawyków żywieniowych i stylu życia, ponieważ wymagało to od nas wielu długich rozmów, dyskusji, wysiłku w myśleniu i planowaniu. Ale ostatnio stwierdziłam, że najtrudniej było mi uwierzyć, że jestem niepłodna. Uwierzyć w słowa, które instruktorka powiedziała mi już na 4 spotkaniu: że moja karta krzyczy rozpaczliwie, że nie powinnam myśleć, że zmagamy się tylko z męską niepłodnością, ponieważ gdybym zaszła w ciążę – jestem pierwszą kandydatką do poronienia. Powinnam według niej myśleć, że zmagamy się z niepłodnością każdego z nas.

Uwierzyłam w te słowa dopiero niedawno, kiedy porównałam moje karty Modelu Creighton i karty PMS i wyniki progesteronu z P+7 sprzed leczenia i te z obecnego cyklu, a jest to mój drugi cykl bez wspomagania II fazy. Na ostatniej wizycie pani doktor też głowiła się nad moją kartą, nie była zadowolona z bardzo długiej pierwszej fazy cyklu, i zastanawiała się, co jeszcze może powodować moje problemy. Przy takich wynikach nasienia, jakie mąż ma obecnie, w naprotechnologii są już poczęcia, gdy żona jest zdrowa. Coś jest jeszcze nie tak, choć progesteron mam już prawidłowy i PMS mi nie dokucza.

A jak to było kiedyś?  Oto krótka, ale wiele mówiąca historia. Bardzo kocham moją chrześniaczkę, spędzam z nią mnóstwo czasu, zawsze serdecznie się witamy: przykucam, żeby mogła rzucić mi się na szyję. Pewnego dnia (przed naszym rozpoczęciem napro-leczenia, miała wtedy 2,5 roku) biegnąc do mnie nagle zatrzymała się i zapytała „Bolą ciocię pielsi?”. Tak, bolą, ale skąd ona to wie? Ach – przecież wczoraj, przedwczoraj i jeszcze dzień wcześniej syczałam z bólu, kiedy się do mnie tuliła na powitanie… Wrażliwe maleństwo bało się do mnie przytulić, bo kojarzyła to z moim bólem… Czego ja ją uczę o życiu? Że piersi to jest coś, co boli. A jeśli adoptuję dziecko i będzie tak samo, bo nie będę go mogła bez bólu przytulić? Czy tak powinno być?

Byłam przyzwyczajona do moich objawów, znosiłam je cierpliwie myśląc, że taki już jest mój kobiecy los. Bardzo łatwo mogłam wyznaczyć koniec moich płodnych dni – po prostu zaczynały mnie boleć piersi, i bolały już do samej miesiączki… Ostatnie 6-8 dni przed miesiączką to był taki czas, kiedy musiałam spać w staniku, unikać gwałtownych ruchów i chodzić bardzo ostrożnie, żeby nie wprawiać piersi w kołysanie. O bieganiu i szybkim marszu moglam zapomnieć. Po rozpoczęciu obserwacji w systemie Modelu Creightona dostałam kartę obserwacji PMS. W takie dni w rubryczce oceniającej piersi zapisywałam „3″ - to oznacza objawy powodujące niepelnosprawność…

Ale i tak łatwiej było znosić ten fizyczny ból, niż to, co działo się  z moją psychiką. Kompletnie zmieniało mi się myślenie, życie traciło sens i widziałam świat na czarno. Nie miałam siły na gotowanie, sprzątanie, nawet na uśmiechnięcie się do męża gdy witał mnie wracając z pracy. Z czasem przyzwyczaiłam się także do tych małych depresji wiedząc, że miną gdy pojawi się miesiączka. A i jeszcze jedna rzecz – instruktorka protestowała, gdy mowiłam „miesiączka”. Chciała, żebym nazywała to „krwawieniem”, według niej cztery dni w schemacie: L, L, VL, B – to nie jest prawidłowa miesiączka, to krwawienie spowodowane spadkiem estrogenów. Teraz gdy mój organizm produkuje progesteron tak, jak powienien – rozumiem, co miała na myśli moja kochana instruktorka. I wiem, dlaczego nie miałam wzrostu temperatury w drugiej fazie cyklu. A ja pięć termometrów kupiłam, zanim w ogóle zrezygnowałam z mierzenia myśląc, że nie umiem sobie temperatury zmierzyć, hihihi…

Zapytałam o PMS moje koleżanki, żeby było ciekawiej – tylko te, które są już matkami. W sumie 10 osób, w wieku 30-45 lat. Żadna z nich nie miała objawów PMS trwających dłużej niż 2-3 dni! Jedna z przyjaciółek ucieszyła się, że ją o to pytam: „wiesz, mam straszny PMS i nie wiem, co z tym zrobić”. Wyraziłam współczucie, bo znam ten ból, powiedziałam o progesteronie i naprotechnologii i zapytałam ile dni trwa ten STRASZNY PMS. „2 dni” – odpowiedziała. A kiedy ja się roześmiałam, że to właściwie niewiele - powiedziała: „Nie rozumiesz. Kiedyś nie miałam tego WCALE…”

PMS trwający 2-3 dni w porównaniu do moich 8-10 dniowych…  One wszystkie są płodne… A ja?…

Po kolejnej korekcie leczenia moja pierwsza faza cyklu ma już odpowiednią długość – dopiero teraz dociera do mnie, że ja też jestem (byłam?) niepłodna. Kurczę, nawet jak to piszę, to się wzdragam przed myśleniem o sobie w ten sposób… Dlaczego? Ponieważ żaden lekarz nigdy nie zwrócił mi na to uwagi, wszyscy uważali, że miesiączka co 30 dni jest OK, PMS to norma, a ile trwa każda z faz nikt się nie zastanawiał…

Powszechnie uważa się, że jeśli kobieta ma regularne krwawienia, to jest płodna. Bardzo trudno jest uwierzyć, że jest inaczej. Zmiana myślenia zajęła mi półtora roku.

I to było najtrudniejsze.

ingloriel

Komentarze: (1)


  1. Zgadzam się w zupełności co do tego, że naprotechnologia wymaga całkowitej zmiany myślenia. Do tej pory mam cykle jak w zegarku, niemalże co do godziny, żadnych szczególnych objawów, które mogłyby wzbudzić moje podejrzenia (mąż ma niedoczynność tarczycy i bardzo typowe objawy), a tu od ponad 3 lat żadnych efektów jeśli chodzi o poczęcie. Bogu dzięki w odpowiedniej chwili dowiedziałam się o napro i co się okazuje? Niby taka zdrowa, a mam insulinooporność, Hashimoto oraz hiperprolaktynemię. Poprzedni lekarz (od in vitro jak się okazało) w ogóle się tym wszystkim nie przejął. Zmiana myślenia jest podstawą.

Dodaj komentarz