w poszukiwaniu...

Przygód szpitalnych zwieńczenie.

Wiemy już, że było czekanie i niepewność, wiem o imprezowaniu w Warszawce, wiemy nareszcie, że operacja się odbyła. Nie wiemy natomiast o wynikach tejże.

Diagnoza była zaskakująca – endometrioza. Zaskakująca, ponieważ nie dawała żadnych objawów, znaków obecności – nie było bólów brzucha ani bolesnych miesiączek (takie standardowe bóle i owszem, ale jeśli przechodziły po paracetamolu, to ja rozumiem, że bolesność taka jest prawie żadna). Zatem nie spodziewaliśmy się endometriozy. Lekarz też na nią nie stawiał, przynajmniej o tym nie rozmawialiśmy. No ale się objawiła. Było kilka ognisk, nie były duże, ale zawsze… udało się je wszystkie usunąć. Bardzo się cieszymy, może to była nasza przyczyna niepłodności? Kto wie…

Nie znaleziono natomiast tego, na co stawialiśmy – zrostów pooperacyjnych. Po łyżeczkowaniu po pierwszej utraconej ciąży miałam mega stan zapalny, bo zostałam wypuszczona ze szpitala bez antybiotyku i w wielkim chaosie. Gorączka i ból brzucha w następnym dniu dały mi mocno popalić. Dopiero w następnej dobie zadzwoniłam do lekarza (jeszcze wtedy nie napro) i okazało się, że koniecznie trzeba było wziąć antybiotyk, tylko lekarz wypisujący myślał, że dał mi receptę lekarz prowadzący i odwrotnie, a sytuacja jest teraz bardzo niebezpieczna. Oczywiście w wypisie mam napisane, że pacjentka wypisana w stanie dobrym. Ech, masakra! W każdym razie podejrzenie zrostów było duże. Ale ich nie było 8-O

Kończąc wątek szpitalny chciałam w tym miejscu serdecznie podziękować lekarzowi, który mnie operował. Panie doktorze, gdyby kiedyś tu Pan zbłądził, jakimś przypadkiem, to chciałabym, ale Pan przeczytał , że jesteśmy Panu bardzo wdzięczni za obecność, gotowość poświęcenia swojego czasu, za wykonanie tej operacji. Wiedząc, że będę w dobrych rękach, mogłam spokojnie zasypiać na stole operacyjnym. Jesteśmy też wdzięczni Bogu za Pana, serio! I wspieramy modlitwą. Jeśli Pan Bóg da nam być rodzicami, nasze dzieci będą również, w jakiejś mierze, Pana dziećmi. Swoją drogą, ciekawa jestem, ile takich „swoich” dzieci ma Pan na koncie…?

Gabi





Dodaj komentarz